piątek, 7 listopada 2025

Andrzej Leder "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej"

Leder formułuje tezę, że w Polsce w latach 1939–1956 zaszła „prześniona rewolucja”: rewolucja rozumiana jako głęboka, trwała zmiana struktury społecznej i wyobrażeń o sobie przez Polaków, której do dziś nie przetrawiono w zbiorowej pamięci. Skutkiem tej „prześnionej” przemiany jest brak ukształtowanej, świadomej klasy średniej — zamiast niej funkcjonuje specyficzny rodzaj mentalności łączący aspiracje drobnomieszczańskie, nostalgiczne wyobrażenia o szlacheckiej przeszłości oraz religijny konserwatyzm. To właśnie zakłócenie procesu modernizacyjnego Leder widzi jako klucz do zrozumienia współczesnych polskich patologii politycznych i kulturowych.

Leder łączy analizę historyczną z narzędziami refleksji kulturowej i inspiracjami psychoanalizy (zwłaszcza w ujęciu lacanowskim). Nie proponuje więc klasycznej socjologii ilościowej ani jednowymiarowej interpretacji marksistowskiej, lecz interpretację „logiki historycznej” rozumianą jako zestaw nieuświadamianych wyobrażeń, fantazmatów i mechanizmów pamięci zbiorowej, które kształtują zachowania polityczne i społeczne. W efekcie książka jest bardziej „esejem interpretacyjnym” niż monografią opartą wyłącznie na źródłach archivalnych. Ten zabieg daje Lederowi możliwość sformułowania sugestywnych hipotez na temat mentalnych skutków przemian, ale zarazem naraża go na zarzut subiektywności i selektywnego doboru dowodów.

Przebieg argumentacji Ledera rozpoczyna się od uwagi, że polska „rewolucja” miała raczej charakter strukturalny niż spektakularny. Nie chodziło jednak tylko o nacjonalizację czy kolektywizację, ale radykalną zmianę relacji klasowych: zanik warstw tradycyjnej drobnej szlachty i przekształcenie warstwy właścicieli i rzemieślników w nową konfigurację społeczną, która nie zdążyła wypracować nowej narracji o sobie. Pamięć zbiorowa „prześniła” tę rewolucję — społeczeństwo nie przyjęło jasno nowej tożsamości, więc zamiast racjonalnej adaptacji powstały nostalgie, fantazje i kompensacyjne narracje (dworki, powstania, gloryfikacja przeszłości). To tłumaczy m.in. skłonność do polityki uproszczonych mitów i wrogości wobec „innych”.

Konsekwencjami politycznymi i kulturowymi tego procesu jest brak wykształconej klasy średniej, który prowadzi do nieprzygotowania na demokratyczne obywatelstwo rozproszone geograficznie i ekonomicznie; w praktyce ułatwia to powroty autorytarnych wzorców i populizm.

Leder porusza ważne pytania o tożsamość społeczną i pamięć, łącząc historię z refleksją psychologiczną; jest to cenne poszerzenie pola badawczego poza tradycyjne analizy polityczno-ekonomiczne. Książka jest napisana przystępnie, co zwiększa jej oddziaływanie poza ścisłym gronem specjalistów; to wyjaśnia, dlaczego tekst szybko stał się punktem odniesienia w publicznej dyskusji o „polskiej mentalności”.

Recenzenci naukowi wskazują jednak kilka poważnych zastrzeżeń, w tym niedostateczne podparcie empiryczne: krytycy zarzucają Lederowi zbyt silne poleganie na interpretacjach i metaforach psychoanalitycznych przy jednoczesnym ograniczonym użyciu materiałów źródłowych i badań ilościowych, które mogłyby potwierdzić tezę o masowym charakterze „prześnionej rewolucji”. 

Po drugie, niektórzy recenzenci (m.in. Stanisław Obirek) wskazują, że Leder czasem wyciąga szerokie wnioski na podstawie fragmentarycznych danych i że psychoanalityczne odczytania bywają nadinterpretacją.

Leder nie waha się stawiać prowokacyjnych pytań i scalać dyskursów (historia, kultura, psychologia). Dla badaczy pamięci i kultury "Prześniona rewolucja" stała się ważnym punktem odniesienia: otwiera nośne pytania o tożsamość społeczną i konsekwencje „nieprzepracowanej” transformacji historycznej. Jej największą zaletą jest prowokowanie do dalszych badań interdyscyplinarnych.




środa, 5 listopada 2025

Barbara Ehrenreich "Rytuały krwi. Źródła i historia naszej namiętności do wojny " (tłum. Piotr Kołyszko)

 

Barbara Ehrenreich, znana przede wszystkim jako dziennikarka, publicystka i aktywistka społeczna w "Rytuałąch krwi" podejmuje się niezwykle ambitnego zadania: analizuje zjawisko wojny — nie tylko jako konfliktu zbrojnego, lecz jako kulturowego, symbolicznego i antropologicznego fenomenu.

Tytułowe „rytuały krwi” oznaczają pierwotne praktyki ofiarne – zwierzęce, ludzkie, symboliczne – które miały swój początek w lęku naszych przodków przed drapieżnikami i ich napaściami, oraz w roli przemocy jako rytuału przejścia, ofiary i odnowienia społecznego. Ehrenreich stawia hipotezę, że wrodzony tzw. instynkt wojownika nie wystarcza, by wyjaśnić ludzką skłonność do wojny — że istotne są raczej rytualne struktury przemocy, sacrum i symbolika, które przekształciły się w kulturze w mechanizmy wojny masowej. 

Jej analiza sięga od prehistorii (pierwotni ludzie-ofiary drapieżników) do współczesności — totalnych wojen XX wieku — starając się pokazać kontinuum i przekształcenie rytuału w technologię przemocy.

Książka pozdzielona jest w sposób tematyczny i chronologiczny — od najwcześniejszych ludzkich doświadczeń po nowoczesne wojny. Wśród kluczowych wątków warto wskazać te najbardziej fascynujące:

Lęk i ofiara: Ehrenreich argumentuje, że doświadczenie drapieżników sprawiło, iż ludzie pierwotni nauczyli się łączyć siebie w grupy obronne — jednocześnie tworząc potrzebę rytuału ofiary. Życie grupowe u człowiekowatych nie pojawiło się wcale po to, by radośnie uprawiać pola, ale właśnie po to, aby goła mapła bez pazurów i kłów, mogła poradzić sobie z drapieżnikami. W miarę rozwoju, te grupowe umiejętności pozwoliły nawet aktywnie polować (polowania nie były domeną mężczyzn - zabicie drapieżnika wymagało nagonki, a potem grupowego kamienowania lub pałowania zdobyczy).

Przejście od ofiary do sprawcy: Z czasem ról drapieżnika i ofiary zaczęli doświadczać ludzie w walce — ludzie zaczęli polować, konkurować, zabijać w imię wspólnoty lub narodu. Ta transformacja — zdaniem Ehrenreich — ukształtowała strukturę wojny jako rytuału. 

Wojna jako rytuał i sacrum: Autorka pokazuje, że wojna została sacralizowana — nadana jej została symbolika ofiary, oczyszczenia, odnowy wspólnoty. Współczesne narody – poprzez nacjonalizm, masowe armie, totalne konflikty – korzystają z tych archaicznych form w nowej technologii przemocy. Ciekawą tezą jest uznanie, że państwo narodowe powstało po to, aby wspierać swymi instytucjami armię.

Męskość, przemoc, bohaterstwo: W książce pojawia się również wątek kultu męskiego wojownika, gloryfikacji przemocy i tego, co znaczy zostać „mężczyzną” w kontekście rytuału wojny. Autorka przekonuje zarazem, że nie tylko „instynkt zabójcy” tłumaczy wojny, ale również elementy kulturowe, rolę ofiary, wzory heroiczne.

Najmocniejszą stroną książki jest właśnie ta nowatorska perspektywa. Ehrenreich nie poprzestaje na ekonomicznych, politycznych czy technologicznych wyjaśnieniach genezy wojny; stara się dotrzeć głębiej, do antropologicznych i symbolicznych korzeni przemocy. Łączy przy tym dane z prehistorii, antropologii, historii wojen i socjologii. W pracy pojawiają się np. odniesienia do kultów ofiarnych, dawnych religii, procesów społecznych i psychologii grupowej. 

Mimo że tematyka jest trudna i interdyscyplinarna, książka jest napisana w sposób, który nie wymaga od czytelnika jedynie specjalistycznej wiedzy, a wnioski wciąż pozostają użyteczne w kontekście konfliktów współczesnych.

Niektóre hipotezy Ehrenreich mają oczywiście charakter mocno interpretacyjny, wręcz metaforyczny (na przykład: pierwotny dramat drapieżnika/ofiary jako struktura rytuału wojny). Tam, gdzie autorka sięga do prehistorii i form rytualnych, pewne dowody są fragmentaryczne: na przykład zapisy archeologiczne lub etnograficzne bywają szczątkowe, co oznacza, że interpretacje muszą być ostrożne.

Wydanie angielskie pochodzi sprzed ponad dwudziestu lat; natomiast ilość nowych badań w antropologii wojny, psychologii przemocy i historii konfliktów wzrosła. Przykłądy z najnowszej historii USA pochodzą z czasów Busha i Obamy - o prezydencie Trumpie jeszcze nikt wówczas nie słyszał...

Podsumowując, Ehrenreich proponuje fascynującą wizję tego, że wojna nie jest tylko efektem instynktu czy kalkulacji władzy, lecz także głęboko zakorzenionym rytuałem ofiary, który sięga początków ludzkiej historii. Jej teza, że ludzie pierwotni żyli w lęku przed drapieżnikami i że łączenie się w grupy oraz ofiarność stały się fundamentem późniejszych struktur przemocy i wojny — jest prowokacyjna, inspirująca, ale też wymagająca krytycznego podejścia.

Książka stawia ważne pytania: dlaczego przemoc bywa traktowana jako święty obowiązek? Dlaczego chłopcy, mężczyźni, wchodzą w rolę wojownika-ofiary? Dlaczego wojna ma elementy rytuału, ceremonii, zbiorowego entuzjazmu? Dla tych, którzy chcą spojrzeć na wojnę inaczej — nie tylko jako proces polityczny, lecz jako symboliczny mechanizm kulturowy — „Rytuały krwi" są doskonałą lekturą.



wtorek, 4 listopada 2025

Marek Węcowski "Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy"

„Tu jest Grecja!” to książka, która aspiruje do roli mostu między starożytnością grecką a współczesnym światem. Zamierzeniem autora było pokazanie, że wiele z problemów, pytań i wyzwań, które znamy dziś, miało swoje odbicia w świecie Hellady. Węcowski, jako historyk specjalizujący się w dziejach Grecji, stara się przybliżyć czytelnikowi mentalność, instytucje, życie codzienne i kulturę starożytnych Greków, a następnie zestawić je z wyzwaniami naszych czasów: kryzysami społecznymi, politycznymi napięciami, problemem uchodźców, zagrożeniem ekologicznym, wojnami i napięciami władzy.

Ta ambicja jest ciekawa i w dużej mierze udana: autor unika przytłaczania czytelnika suchym aparatem naukowym i stwarza wrażenie swobodnej rozmowy z czytelnikiem, pełnej anegdot, obrazowych przykładów i odwołań do problemów współczesnych. Z wyczuciem uprzedza ewentualne nadmierne uproszczenia analogii historycznych, akcentując, że paralelizmy należy traktować z ostrożnością.

Książka została podzielona na dwie części: w pierwszej dominują tematy kultury, obyczajów, życia codziennego, religii i sztuki; w drugiej – kwestie polityki, wojen i konfliktów wewnętrznych Grecji oraz ich odniesienia do współczesności. Taki układ ma sens — poznanie świata kultury greckiej pozwala lepiej rozumieć późniejsze analizy polityczne. Teksty są napisane prostym językiem — co czyni książkę przystępną także dla osób niebędących historykami — a rozdziały często przyjmują formę esejów.

Wydawniczo książka prezentuje się solidnie - może poza dość okropną okładką. Jednak liczne ilustracje i mapy wynagradzają ten niesmak.

Dzięki temu, że Węcowski unika hermetycznego stylu akademickiego, książka ma szansę faktycznie dotrzeć do wielu czytelników. Zamiast cytować bez końca uczone dzieła, autor stawia na narrację pełną przykładów, porównań i obrazów, dzięki czemu lektura nie męczy, a staje się inspiracją do dalszych poszukiwań.

Podoba mi się także koncept nieustannego zadawania pytań o to, jakie lekcje płyną z doświadczeń Greków dla nas dziś? Kryzysy ekologiczne, migracje, konflikty to nie tylko współczesne problemy — w kręgach Hellady były analogie, które da się zestawić z dzisiejszą rzeczywistością. Zróżnicowanie tematów sprzyja lepszemu zrozumieniu, że cywilizacja grecka nie ograniczała się tylko do filozofów i strategów, lecz była także żywą, codzienną kulturą. 

„Tu jest Grecja!” to udana próba popularyzacji klasycznej Grecji w duchu refleksji nad współczesnością. Książka stanowi zaproszenie do myślenia, do poszukiwania analogii, ale też do krytycznego spojrzenia na „dziedzictwo greckie”. 

niedziela, 2 listopada 2025

Sylwia Czubkowska "Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem"

Sylwia Czubkowska podjęła się ambitnego zadania: pokazania, w jaki sposób globalne korporacje technologiczne (Google, Meta/Facebook, Microsoft, Amazon, Apple i im pokrewne) nie tylko dostarczają nam narzędzi codziennego użytku, lecz również – krok po kroku – budują wpływ na politykę, edukację, prawo i życie społeczne. Autorka określa ten proces mianem dominacji technologii, która coraz częściej zaczyna pełnić rolę quasi-boską — stąd tytułowe „bóg techy”, którym oddajemy — nieświadomie — coraz więcej władzy nad sobą.

Książka składa się z reportażowych fragmentów, wywiadów, analiz dokumentów i przykładów z Polski oraz świata. Czubkowska stara się uchwycić mechanizmy: strategie wejścia na rynki, lobbing, relacje z rządami, wpływ na edukację, manipulację danymi, subtelną — ale realną — presję normatywną (ustawodawstwo) oraz zawłaszczanie przestrzeni norm społecznych. Autorka nie ogranicza się do wielkich metropolii — zwraca uwagę na lokalne przypadki w Polsce, gdzie działania big techów mają swoje specyficzne oblicza.

Jednym z konceptów, które pojawiają się w książce, jest cyfrowy kolonializm — widziany jako analogia do historycznego kolonializmu: eksploatacja zasobów (tu: danych, uwagi, informacji), ekspansja na nowe obszary, dominacja kulturowa, podporządkowywanie lokalnych systemów. Autorka zauważa, że Polska i inne kraje europejskie stają się „koloniami cyfrowymi” – oferując dane, użytkowników, infrastruktury, a w zamian otrzymując ograniczony wpływ na kształt platform i algorytmów. W tym kontekście książka ma ambicję stać się ostrzeżeniem — i inspiracją do odzyskania podmiotowości.   

Tematy poruszane w książce doskonale wpisują się w współczesne dyskusje o władzy platform, prywatności, algorytmach i autonomii jednostki. To książka, która przeciwdziała banalizacji — przypomina, że technologia nie jest neutralna, lecz zaprojektowana i eksploatowana.

Wiele analiz dotyczy Polski — relacji między firmami technologicznymi, polityką, instytucjami edukacyjnymi. Dzięki temu nie jesteśmy tylko biernymi odbiorcami globalnych teorii, lecz dostajemy konkrety, odniesienia do realnych zdarzeń i procesów. 

Autorka jako dziennikarka ma doświadczenie w prezentowaniu złożonych tematów w sposób niezwykle przystępny. W „Bóg techach” unika hermetycznego żargonu — nawet gdy omawia zawiłe aspekty prawne czy technologiczne — stara się prowadzić czytelnika krok po kroku. Książka ma charakter hybrydowy: reportersko-popularnonaukowy. Dzięki temu jest przystępna, ale nie spłyca tematu.

Czubkowska nie skupia się tylko na jednym aspekcie — nie ogranicza się do prywatności użytkownika czy cenzury algorytmicznej. Wręcz przeciwnie: analizuje lobbing, legislację, edukację, relacje z administracjami państwowymi, struktury własności, kwestie podatkowe, akumulację kapitału, ekspansję geograficzną. To sprawia, że książka ma zasięg systemowy.

Wreszcie to, co podoba mi się bodaj najbardziej: autorka nie poprzestaje na przedstawianiu diagnoz — w wielu miejscach zachęca do krytycznego myślenia, poszukiwania alternatyw, zwiększenia presji społecznej, regulacji i edukacji obywatelskiej. Dzięki temu „Bóg techy” nie jest tylko alarmem, lecz — choć niebezpośrednio — manifestem.

Drobnym mankamentem jest fakt, że w niektórych fragmentach książka gubi tempo — kiedy autorka wnika w szczegóły prawne, umowy kontraktowe, wzajemne powiązania firm, dokumenty polityczne, bywa, że narracja staje się nieco przytłaczająca dla czytelnika nieobeznanego z tematem. Dla tych, którzy nie mają tła technologicznego, niektóre partie tekstu mogą być wymagające.

Ponadto, choć Czubkowska podejmuje próbę wskazania dróg wyjścia — edukacja, regulacja, większa świadomość — to jednak książka niewiele miejsca poświęca konkretnym, realistycznym strategiom dla obywateli czy instytucji. Czytelnik wychodzi z lektury z poczuciem: „wiem, co jest źle”, ale nie zawsze z jasnym pomysłem, co w praktyce zrobić.

Wreszcie, w niektórych fragmentach narracja zdaje się przesuwać ku uproszczonym opozycjom: technologia = zło, firma = drapieżnik, użytkownik = ofiara. Choć autorka zwykle stara się unikać czarno-białych uproszczeń, momentami można odnieść wrażenie, że konflikty strukturalne zostają zredukowane. W realnym świecie granice między korzystaniem, współtworzeniem i uzależnieniem bywają bardziej rozmyte.   

Biorąc pod uwagę zakres i skomplikowanie omawianych mechanizmów, nie zawsze uda się w publikacji popularyzatorskiej podać pełne dowody lub dotrzeć do wszystkich interesujących dokumentów. Czytelnik może w niektórych momentach żałować braku szerszego aparatu źródłowego — choć to typowe wyzwanie dla literatury non-fiction o tematyce technologicznej. Świat technologii zmienia się bardzo szybko, część przykładów, kontraktów, modeli biznesowych na naszych oczach dezaktualizuje się. Z tego powodu skuteczność diagnoz będzie zależeć od aktualizowania refleksji na temat platform i algorytmów.

Trzeba przyznać, że „Bóg techy” trafiły na rynek w ważnym momencie: gdy Unia Europejska usiłuje wzmocnić regulacje dotyczące platform cyfrowych, gdy coraz więcej krajów debatuje nad suwerennością cyfrową, nad prawem do prywatności, podatkami cyfrowymi, technologicznym protekcjonizmem.

Książka niewątpliwie wzbogaca polską przestrzeń intelektualną: w USA powstało już wiele książek o big techach, ale w Polsce nadal brakowało całościowego, przekrojowego opracowania osadzonego w lokalnej rzeczywistości. W dyskusji publicznej już pojawiają się echa tej publikacji: w mediach technologicznych, w audycjach radiowych i w debatach o wpływie platform. Rozmowy, które prowadzi autorka (np. w TOK FM) pokazują, że temat zaczyna docierać poza krąg entuzjastów technologii, stając się elementem świadomości obywatelskiej.

Jednym z kluczowych, choć paradoksalnie mało widocznych wątków w "Bóg techach" jest wątek infrastruktury technologicznej. To właśnie tutaj widać najpełniej, jak uzyskują one realną władzę strukturalną nad państwami, w tym nad Polską. 

Kiedy mówimy o technologii, większość osób myśli o aplikacjach, serwisach społecznościowych czy telefonach. Tymczasem prawdziwe centrum władzy kryje się poziom niżej — w infrastrukturze: serwerach, centrach danych, kablach światłowodowych, chmurach obliczeniowych, systemach operacyjnych, a nawet protokołach bezpieczeństwa.

Sylwia Czubkowska pokazuje, że Polska – podobnie jak większość krajów regionu – nie zbudowała własnej infrastruktury cyfrowej, lecz korzysta z rozwiązań dostarczanych przez globalne korporacje. Co to oznacza w praktyce? Na przykład to, że dane urzędów i szkół przechowywane są w chmurach amerykańskich firm (np. Google Cloud, Microsoft Azure, AWS). Że administracja używa oprogramowania biurowego, systemów bezpieczeństwa i baz danych zaprojektowanych poza krajem. Wiele krytycznych usług online (np. rejestry, systemy komunikacji, poczta elektroniczna) zależy od serwerów znajdujących się fizycznie w centrach danych kontrolowanych przez prywatne firmy. Innymi słowy, to właśnie tutaj zaczyna się nowy rodzaj kolonializmu cyfrowego – nie przez widoczne aplikacje, lecz przez uzależnienie „pod spodem”.

Autorka opisuje typowy schemat, według którego Big Techy zdobywają kontrolę nad infrastrukturą państw. Pierwszym krokiem jestw ejście przez ofertę „bezpłatną” lub preferencyjną, kiedy firmy oferują rządom lub instytucjom publicznym atrakcyjne warunki: darmową lub bardzo tanią chmurę, wsparcie w cyfryzacji, szybkie wdrożenia. Dla państwa to ogromna oszczędność i PR-owy sukces – „digitalizacja bez kosztów”.

Od tego momentu w zasadzie zaczyna się zależność technologiczna: po kilku latach okazuje się, że wszystkie procedury, dane i nawyki pracowników są związane z jednym ekosystemem. Migracja na inny system jest kosztowna, czasochłonna i ryzykowna – pojawia się więc technologiczny lock-in, czyli zamknięcie w jednym środowisku.

To umożliwia korporacji kontrolę przepływu informacji: nawet jeśli formalnie państwo „posiada” dane, to w praktyce nie kontroluje, gdzie i jak są przetwarzane. Wiele danych znajduje się na serwerach poza granicami kraju. To rodzi pytania o suwerenność, bezpieczeństwo i prywatność obywateli.

Kolejnym etapem jest rozszerzanie wpływu na sektor publiczny i prywatny: kiedy infrastruktura państwowa staje się zależna od jednej firmy, inne instytucje (uczelnie, szkoły, organizacje społeczne) chętniej sięgają po ten sam ekosystem – bo jest „kompatybilny”. Tak powstaje efekt kuli śnieżnej, który wzmacnia monopol.

Domknięciem procesu jest przemiana korporacji w „dostawcę usług publicznych”, kiedy dany big tech zaczyna pełnić funkcje, które tradycyjnie należały do państwa: komunikacja, tożsamość cyfrowa, certyfikacja, archiwizacja, nawet bezpieczeństwo. W niektórych obszarach (np. cyberochrona) korporacje stają się realnymi partnerami rządów – a czasem wręcz ich zastępcami. 

Czubkowska przytacza szereg przykładów, które pokazują, jak ten proces wygląda w Polsce. Najbardziej oczywistym przykłądem są inwestycje Microsoftu i Google w centra danych w Warszawie i okolicach, które są prezentowane jako „sukces rozwojowy”. Autorka zwraca jednak uwagę, że są to inwestycje kontrolowane (big techy zachowują pełną kontrolę nad sprzętem, oprogramowaniem i standardami bezpieczeństwa).

Inny przykład to e-administracja i chmura krajowa: rząd chwali się cyfryzacją urzędów, ale część usług opiera się na licencjach od amerykańskich korporacji. Autorka pokazuje, że to raczej outsourcing suwerenności niż realna cyfrowa niezależność.

Jeszcze inny przykład to powiązanie sektora publicznego z prywatną chmurą obliczeniową – nawet dane szkół, uczelni i instytucji kultury bywają przechowywane na serwerach komercyjnych. Z punktu widzenia prawa europejskiego (np. RODO) to często „szara strefa”: dane obywateli trafiają do systemów, które formalnie nie są w pełni kontrolowane przez krajowe instytucje.

Czubkowska pokazuje, że brak narodowej strategii infrastrukturalnej powoduje, iż Polska nie jest w stanie ani kontrolować przepływu danych, ani wyznaczać własnych standardów technologicznych. Państwo korzysta z gotowych rozwiązań, zamiast inwestować w własne kompetencje i zasoby. 

Ukrytymi, ale fundamentalnymi skutkami tego procesu są:

  • Utrata suwerenności cyfrowej – państwo nie może w pełni zarządzać swoimi danymi, jeśli nie ma wpływu na fizyczne serwery, kod i protokoły.
  • Zależność gospodarcza – lokalne firmy IT muszą dostosowywać się do standardów i certyfikacji narzuconych przez globalnych graczy.
  • Ryzyko polityczne – dostęp do danych lub usług może stać się narzędziem nacisku w relacjach międzynarodowych.
  • Rozmycie odpowiedzialności – gdy dochodzi do wycieku lub awarii, trudno ustalić, kto faktycznie odpowiada: państwo czy dostawca chmury?
  • Centralizacja władzy informacyjnej – Big Techy nie tylko dostarczają infrastrukturę, ale też wiedzą, jak i kiedy państwa z niej korzystają. 

Rozwiązania proponowane przez Czubkowską, które powinny pomóc odzyskać podmiotowość cyfrową to między innymi:

  • Rozwój krajowej chmury rządowej (projekt, który wciąż jest w fazie początkowej) – z jasno określonymi standardami i kontrolą państwa nad danymi.
  • Budowa własnych centrów danych – nawet jeśli mniejsze, to pozwalające na zachowanie kluczowych danych w granicach kraju.
  • Współpraca europejska – np. inicjatywy Gaia-X czy unijne ramy dla suwerenności danych, które mają tworzyć wspólną, europejską infrastrukturę alternatywną wobec amerykańskiej.
  • Wzmocnienie regulacji prawnych – m.in. wymóg lokalizacji danych publicznych na serwerach w UE.
  • Edukacja i świadomość decydentów – aby nie mylić „cyfryzacji” z „oddaniem danych w prywatne ręce”. 

Czubkowska pokazuje, że prawdziwa władza w epoce cyfrowej nie leży w aplikacjach, ale w kablach, serwerach i standardach, które kontrolują przepływ informacji. Państwo, które nie kontroluje swojej infrastruktury, staje się – w sensie cyfrowym – wasalem, nie suwerenem. Autorka nie popada jednak w technofobię — raczej apeluje o świadome zarządzanie zależnością: korzystać z globalnych technologii, ale z zachowaniem kontroli, lokalnego nadzoru i transparentności. 


 

piątek, 31 października 2025

Piotr Kępiński „Neapol słodki jak sól”

„Neapol słodki jak sól” to udana próba literackiej rekonstrukcji miasta, które od wieków prowokuje, zachwyca i budzi emocje. Kępiński stara się spojrzeć na Neapol nie jak na egzotyczną atrakcję, ale jak na skomplikowany, pełen sprzeczności organizm miejski, którego poznanie wymaga subtelności, wrażliwości i otwartości na niedookreślenie.

Tytuł „Neapol słodki jak sól” od razu uruchamia wyobraźnię — mamy w niej zestawienie dwóch smaków, które z pozoru się wykluczają, a zarazem dają się połączyć w pewną prowokację sensoryczną. Słodkość i słoność — w metaforycznym sensie — to przeciwne bieguny, które Kępiński próbuje scalić w opowieści o mieście pełnym kontrastów.

Piotr Kępiński — to znany eseista, poeta, krytyk literacki, osoba o wyczulonym uchu na niuanse kultury i literatury włoskiej. W swoich wcześniejszych książkach bywał już blisko Włoch (m.in. „W cieniu Gran Sasso”), co sprawia, że narracja „Neapolu” nie jest spojrzeniem obcym, lecz czymś wypowiedzianym od środka.

„Neapol słodki jak sól” nie jest suchym zbiorem faktów. To raczej esej o miejskim życiu z silnym zabarwieniem reporterskim, fragmentaryczny kolaż impresji, opowieści, fragmentów historii, lektur literackich i kulturowych echo. Każdy rozdział (lub szkic) ma swoją autonomię: gdzieś dominuje historia architektury, gdzie indziej kulinaria, gdzie indziej refleksje nad sztuką uliczną, kino, media, lokalne anegdoty, a jeszcze gdzie indziej — spojrzenie na miejskie peryferie, życie codzienne mieszkańców i ślady mafii. Kępiński często przechodzi między „dużym planem” (geografia miasta, historia, struktury miejskie) a „małym planem” (losy konkretnych osób, obserwacje uliczne).

Styl i język wyróżniają tę książkę: barwny, obrazowy, nasycony zapachami, smakami, detalami zmysłowymi, a jednocześnie refleksyjny i nie pozbawiony dystansu. Autor potrafi w mniej niż akapicie umieścić zarówno impresję, jak i komentarz, przywołać epizod z dawnych czasów, zestawić z obrazem współczesności, postawić pytanie o to, co pozostaje po turystycznym spojrzeniu.

Ta forma kolażowa, fragmentaryczna, ma swoje zalety — elastyczność, zdolność do łączenia różnych wymiarów — ale też i ograniczenia, o których powiem dalej.

Jedną z najważniejszych osi tej książki jest kontrast: między pięknem i brzydotą, chlubą i zaniedbaniem, blaskiem kultury i cieniem problemów. Kępiński nie idealizuje Neapolu, ale też nie stara się usilnie poszukiwać wad. Miasto jawi się jako żywy organizm — miasto sprzeczności, zaskoczeń i niuansów.

Pojawiają się oczywiście wątki dotyczące mafii (kamorra) — z jej wpływem na miejskie życie, na gospodarkę odpadów, na budownictwo — ale w wymiarze dalekim od sensacyjności: jako struktura tkwiąca w tkance społecznej, choć często niewidoczna. 

Autor wielokrotnie zwraca uwagę na różnice między centrum a peryferiami, między dzielnicami turystycznymi a tymi, które turyści najczęściej omijają. To w tych marginesach miasta, w zaułkach i na obrzeżach, często kryją się historie trudne, ale i bogate, świadczące o żywotności miasta, mimo wyzwań.

Kępiński jest wrażliwy na to, jak kultura (sztuka, kino, literatura, muzyka) odcisnęła się w tkance miejskiej. Przywołuje klasyków włoskiego, neapolitańskiego życia filmowego, odniesienia literackie, graffiti, pejzaże kulturowe. W ten sposób miasto staje się nie tylko miejscem geograficznym, ale sceną dialogu z pamięcią, mitami i obecnością artystyczną. Często wplecione są w tekst refleksje o tym, jakie obrazy Neapolu są utrwalone w literaturze i w wyobraźni podróżnika — i jak Kępiński stara się z nimi dialogować, odpychać stereotypy i odkrywać nowe warstwy.

Jednym z walorów książki jest dbałość o to, by miasto było „zmysłowe” — byśmy czytając, niemal czuli powietrze morskie, aromat cytrusów, zapach smażonej pizzy, limoncello, bulion z ośmiornicy. To podejście sprawia, że lektura staje się doświadczeniem immersyjnym — książka nie tylko reprezentuje Neapol, ale próbuje wprowadzić czytelnika do jego świata zmysłów. W jednym z tekstów literackich autor odnajduje „składanie pomarańczy z solą” jako obraz zderzenia słodkości z słonością, co staje się motywem metaforycznym całej książki.

Choć Kępiński nie pisze z perspektywy historyka-demografa, to jednak nie boi się sięgać do przeszłości — przedstawia dzieje Neapolu, przemiany urbanistyczne, zjawiska społeczne, migracje, nierówności ekonomiczne, wpływ mafii, kwestie porzucanych dzieci (porzuconych noworodków) itp. W jednym fragmencie książki cytowanym w mediach autor omawia np. skalę problemu porzuceń dzieci w XVIII i XIX wieku we Włoszech, w tym Neapolu. To daje książce głębię: spojrzenie nie tylko „tu i teraz”, ale w perspektywie, która pozwala zrozumieć współczesne napięcia jako echo przeszłości. W całej narracji czuć obecność czytającego, refleksyjnego spojrzenia. Nie ma tu dystansu nudnego obserwatora, ale raczej dialogu między autorem a miastem. Czytelnik często odnosi wrażenie, że autor sam jest „w drodze”, że coś odkrywa, czasem się waha, że nie wszystko da się powiedzieć jasno — a w tym niedopowiedzeniu tkwi autentyczność.

Niestety muszę przyznać, że forma kolażowa oznacza, że niektóre wątki nie są doprowadzone do pełnego rozwinięcia. Czasem przejścia między tematami są zbyt skokowe. Momentami czuć, że, wbrew zapowiedziom, autor „podąża za stereotypami”, nawet jeśli próbuje je demontować. Czasem fragmenty dotyczące mafii, dramatów społecznych, problemów miejskich zdają się być ulokowane z mniejszym ryzykiem interpretacyjnym — jakby autor nie zawsze wiedział, jak pogłębić temat, poza przywołaniem znanych tropów.  

Niektóre obszary (turystyka, centrum, kultura popularna) bywają omówione bogato, inne — peryferia, życie robotnicze, codzienność najbiedniejszych — trochę bardziej marginalnie, jako tło. W efekcie można odnieść wrażenie, że autor nie zdołał dać więcej głosów tym, którzy zwykle i tak nie mają miejsca w literaturze podróżniczej. 

Czytelnikowi, który oczekuje klasycznego reportażu pełnego danych, statystyk, perspektyw analitycznych — książka zapewne wyda się „lekkim szkicem”. Trzeba mieć tego świadomość wybierając tę lekturę. Nie jest to zatem książka perfekcyjna, ale świadczy o tym, że literatura faktu może zbliżać do miejsca w sposób subtelny i wielowymiarowy. Styl, sensualność opisu i świadomość kulturowa czynią tę książkę wartościową pozycją w literaturze podróżniczej i eseistyce miejskiej.


 

środa, 29 października 2025

Maciej Zaremba Bielawski "Dom z dwiema wieżami" (tłum. Mariusz Kalinowski)

Maciej Zaremba sięga po formę autobiograficznego reportażu, łącząc śledztwo rodzinne z szerokim kontekstem historii XX wieku. Książka jest jednocześnie osobistą sagą i reporterską analizą — autor rekonstruuje życie swoich rodziców, odsłaniając warstwy tajemnic, przemilczeń i traum, które ukształtowały jego dzieciństwo i młodość. To lektura o pamięci, tożsamości i trudach pogodzenia osobistej historii z wielkimi wydarzeniami politycznymi.

Narracja Zaremby ma charakter fragmentaryczny: autor skacze między obrazami domu rodzinnego, opowieściami o ojcu-psychiatrze, a matczyną historią ucieczki i zasymilowania. Dzięki temu książka przypomina palimpsest — kolejne warstwy przeszłości są odsłaniane stopniowo, a czytelnik zmuszany jest do składania faktów w całość. Ta warstwowa budowa tekstu oddaje naturę pamięci i raporterskiego dochodzenia.

Centralną osią opowieści są losy rodziców: matki, będącej Żydówką z doświadczeniem wojennym i migracyjnym, oraz ojca — lekarza i dyrektora szpitala, który przeszedł przez specyficzne wojenne i powojenne doświadczenia. Te indywidualne biografie Zaremba splata z historią międzywojennej Polski, antysemityzmem i traumą wojenną, a także z doświadczeniem emigracji do Szwecji w 1969 roku. To właśnie połączenie mikrohistorii rodzinnej z makrozjawiskami, czyni książkę szczególnie mocną i aktualną. 

Styl łączy reporterską dociekliwość z literacką wrażliwością. Świetna jest dyscyplina narracyjna Zaremby — jego zdolność do „bezlitosnego” badania własnego życia i jednoczesnego prowadzenia czytelnika przez złożone źródła i dokumenty. Książka ma moc zarówno intelektualną, jak i emocjonalną: zmusza do myślenia o historii, a równocześnie porusza żywym, osobistym głosem. Miejscami narracja wydaje się surowa, wręcz chłodna — co jednak ja akurat odbieram jako zaletę reportera, a nie wadę literacką.

Zaremba, badając historię swojej rodziny, dotyka też tematów, które dotąd słabofunkcjonowały w publicznej świadomości Szwecji — od kwestii migracji po zjawiska historycznej amnezji. Krytycy szwedzcy zwracali uwagę, że książka pomogła Szwedom skonfrontować się z własnymi mitami i brakiem wiedzy o przeszłości Europejczyków przybyłych do Szwecji. Dzięki temu "Dom z dwiema wieżami" funkcjonuje nie tylko jako prywatna kronika, lecz także jako społeczno-kulturowy impuls do rozmowy.


 

poniedziałek, 27 października 2025

Igor Newerly „Pamiątka z celulozy”

Powieść o niezwykłej sile dokumentu i wyrazistości społecznego przesłania, napisana przez Igora Newerlego w 1949 roku. Autor, znany ze swojej wrażliwości na losy ludzi prostych i wykluczonych, stworzył dzieło, które można uznać zarówno za zapis historii narodzin nowego społeczeństwa w Polsce powojennej, jak i za uniwersalną opowieść o dojrzewaniu jednostki w świecie przemian. Książka stanowi pierwszą część dylogii, kontynuowanej w „Archipelagu ludzi odzyskanych”, i łączy w sobie cechy powieści realistycznej, społecznej i inicjacyjnej.

Fabuła koncentruje się wokół losów Szczęsnego, młodego chłopca z biednej rodziny wiejskiej, który przybywa do Grudziądza w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Z czasem jego droga prowadzi przez zakłady przemysłowe, środowisko robotnicze, a w końcu do udziału w walce o sprawiedliwość społeczną. Postać Szczęsnego jest typowym reprezentantem tzw. „człowieka z ludu” – prostego, ale pełnego godności i wewnętrznej siły bohatera, który uczy się świata poprzez doświadczenie, błąd i refleksję. Jego rozwój wewnętrzny, przebiegający od naiwnego młodzieńca do świadomego obywatela, stanowi oś konstrukcyjną powieści i symbolizuje proces dojrzewania całego społeczeństwa.

Newerly ukazuje świat przemysłowej Polski okresu międzywojennego z dbałością o detal i autentyzm. Opisy fabryki celulozy – miejsca tytułowej „pamiątki” – są pełne realizmu: surowe, dynamiczne, nasycone ciężarem pracy fizycznej i solidarnością robotników. Autor posługuje się językiem prostym, ale sugestywnym, z wyczuwalnym rytmem codzienności ludzi pracy. W tle pojawia się również krytyka wyzysku, nierówności społecznych i obojętności elit wobec losu najbiedniejszych. Newerly, pozostając wierny tradycji prozy społecznie zaangażowanej, nie popada w publicystykę – raczej subtelnie, poprzez losy bohaterów, buduje obraz rzeczywistości, w której rodzi się świadomość klasowa i potrzeba zmian.

Ważnym motywem powieści jest także pamięć i tożsamość. „Pamiątka z celulozy” to nie tylko przedmiot – drobny rekwizyt zachowany z przeszłości – ale też symbol wspólnoty doświadczeń, świadectwo trudów i ofiar poniesionych przez pokolenie robotników. Dla Newerlego przeszłość jest nie tyle ciężarem, co fundamentem, na którym można budować nowe życie. Ten optymistyczny ton, typowy dla literatury powojennej, łączy się jednak z głębokim humanizmem autora – jego wiarą w człowieka, nawet jeśli ten człowiek bywa zagubiony, słaby czy nieświadomy własnej wartości.

Powieść ma również wymiar moralny. Szczęsny stopniowo odkrywa znaczenie pracy, przyjaźni, solidarności i odpowiedzialności za innych. W tym sensie „Pamiątka z celulozy” to opowieść o wychowaniu przez życie – o formowaniu się nowego typu człowieka, który potrafi połączyć osobistą godność z poczuciem wspólnoty. Jednocześnie Newerly unika uproszczeń – jego bohaterowie nie są czarno-biali, a świat przedstawiony, choć miejscami idealizowany, zachowuje psychologiczną wiarygodność.

Styl Newerlego, jak zwykle, wyróżnia się plastycznością opisów i dbałością o rytm narracji. Wiele fragmentów ma niemal filmowy charakter – nic dziwnego, że na podstawie książki w 1953 roku powstał słynny film Jerzego Kawalerowicza. Choć powieść wpisuje się w nurt realizmu socjalistycznego, to jej wartość artystyczna wykracza poza ramy ideologiczne epoki. Dzięki autentyzmowi emocji i głębi psychologicznej „Pamiątka z celulozy” pozostaje dziełem, które można czytać także dziś jako świadectwo czasu i uniwersalną historię o ludzkiej pracy, marzeniach i dojrzewaniu do odpowiedzialności. W swojej prostocie i szczerości ta książka pozostaje jednym z najciekawszych przykładów polskiej prozy społecznej XX wieku.


sobota, 25 października 2025

Eva Illouz "Emocjonalne życie populizmu. Jak strach, odraza, resentyment i miłość osłabiają demokrację" (tłum. Paweł Świerczek)

Eva Illouz, socjolożka związana z EHESS w Paryżu i Uniwersytetem Hebrajskim w Jerozolimie proponuje bardzo prowokacyjne spojrzenie na to, jak emocje – zwłaszcza strach, wstręt, uraza i miłość – stanowią rdzeń polityki populistycznej i przyczyniają się do osłabiania demokracji.

Illouz zaczyna od pytania, które obecnie stawia sobie wielu badaczy: dlaczego partie czy przywódcy populistyczni zdobywają poparcie także wśród osób, którym polityka tych aktorów – w jej ocenie – szkodzi? Odpowiedzi autorka upatruje w emocjach, które są – według niej – potężniejsze od analiz racjonalnych oraz kalkulacji interesów.

Struktura książki została zbudowana wokół czterech rozdziałów poświęconych każdej z wyróżnionych emocji. W każdym rozdziale autorka omawia, jak dana emocja funkcjonuje w polityce populistycznej, jakie historyczne i społeczne uwarunkowania ją wzmacniają, oraz jak jest wykorzystywana przez elity czy media do wzbudzania oporu, polaryzacji, ale też wspólnotowego poczucia sensu.

Książka wyróżnia się na tle literatury poświęconej analizie populizmu dzięki kilku cechom. Po pierwsze, choć inne prace analizowały populizm z perspektywy ekonomicznej, ideologicznej czy instytucjonalnej, Illouz kładzie nacisk na emocje jako fundament, który utrwala populizm. To pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego rozum i fakty często są nieskuteczne przeciwko narracjom populistycznym. Po drugie, o ile Polska lub Europa to często analizowane konteksty, Illouz wybiera Izrael jako „laboratorium emocji” populizmu: historia, konflikty tożsamościowe, religijne, zagrożeń zewnętrznych czy wewnętrznych — to wszystko oferuje bogaty kontekst do obserwacji, w jaki sposób emocje są wzmacniane i instrumentalizowane. Po trzecie, autorka nie tylko diagnozuje problemy emocjonalne, ale też proponuje, w jaki sposób demokracja zdolna jest opierać się na godności („decent society”) tak, aby uczynić emocje bardziej inkluzywnymi (fraternité, solidarność) – co może być inspiracją dla polityków, obywateli i badaczy.

Słabością książki jest skupienie się na jednym tylko kraju (Izrael) – choć argumentacja Illouz ma odniesienia globalne. Jednak czytelnikom spoza tego kontekstu może brakować głębszych przykładów z Europy Środkowej, Polski czy Ameryki Łacińskiej. Niektóre emocje mogą manifestować się inaczej w zależności od historii lokalnej.

Ponadto, proponowana przez Illouz wizja „społeczeństwa przyzwoitego” (decent society) brzmi pociągająco, ale nie zawsze jest jasne, jak w warunkach silnie spolaryzowanych demokracji – z niezależnymi mediami, silnymi elitami czy głęboko zakorzenionymi konfliktami kulturowymi – tę wizję urzeczywistnić.

Niemniej książka jest bezcenną pozycją dla każdego, kto chce zrozumieć, "dlaczego populizm działa emocjonalnie", nawet tam, gdzie wydaje się sprzeczny z interesem materialnym wyborców. Illouz pokazuje, że emocje tworzą splot, który wzmacnia narracje populistyczne, buduje wspólnoty wykluczenia i utrudnia krytyczny dialog. Oferowana diagnoza jest jednocześnie alarmem i wezwaniem do refleksji nad tym, jakie emocje chcemy pielęgnować w demokracjach.

Niezależnie od kontekstu izraelskiego dość łatwo można wskazać odniesienie kluczowych tez do sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. U nas także strach pełni funkcję spoiwa: mobilizuje wobec takich „zagrożeń”, jak imigranci, elity, Unia Europejska, liberalne instytucje. Łatwo rozpoznać podobny mechanizm w kampaniach, które ostrzegają przed utratą suwerenności czy rzekomym rozkładem tradycyjnych wartości.

Wstręt, w książce definiowany jako emocja graniczna („czyste–brudne”),przypomina o języku, jakim w debacie krajowej opisywano uchodźców, społeczność LGBT+ czy przeciwników politycznych – często poprzez obrazy „zepsucia” i „zagrożenia dla dzieci” lub kobiet.

Uraza, najsubtelniejsza z analizowanych emocji, w Polsce wybrzmiewa w narracjach o „zdradzie elit”, „gorszym sorcie”, a także w pamięci historycznych krzywd. Illouz ostrzega, że choć uraza może być impulsem do naprawy niesprawiedliwości, w wersji populistycznej przekształca się w trwałe poczucie bycia ofiarą, które utrudnia kompromis.

Miłość do wspólnoty – pozornie pozytywna – zyskuje ambiwalentny wymiar, gdy staje się kryterium lojalności i wykluczenia. W polskiej polityce łatwo wskazać przykłady, gdy patriotyzm bywał używany do delegitymizowania krytyki władzy czy różnorodnych stylów życia.

Największym atutem pracy Illouz jest interdyscyplinarność: łączy socjologię emocji, psychologię i teorię demokracji. Analiza pokazuje, że spór o populizm nie dotyczy jedynie konstytucji czy instytucji, lecz także uczuć, które nadają sens przynależności. Autorka ostrzega, że liberalne elity, ignorując emocjonalny wymiar życia publicznego, pozostawiają pole populistom, którzy potrafią je kształtować i wzmacniać.

Książka wnosi też cenną refleksję normatywną. „Społeczeństwo przyzwoite”, o którym pisze Illouz, powinno pielęgnować emocje wspierające inkluzję – szacunek, solidarność, empatię. W polskiej debacie taka propozycja mogłaby oznaczać większy nacisk na język troski o wspólnotę, który nie wymaga wykluczania innych.

O ile brak w tej książce szerszej dyskusji o specyfice regionów postkomunistycznych: o tym, jak pamięć o transformacji, poczucie utraconej kontroli nad gospodarką czy migracja młodych wpływają na podatność na populistyczne emocje, to może ona wesprzeć początek takiej dyskusji w Polsce.

Lektura ta niewątpliwie inspiruje do spojrzenia na polską scenę polityczną nie tylko przez pryzmat sondaży czy programów, ale też poprzez mapę uczuć: lęków o bezpieczeństwo, dumy narodowej, resentymentów wobec elit, a także potrzeby bliskości i wspólnoty. Illouz przekonuje, że demokracja musi nauczyć się rozmawiać z emocjami obywateli, zamiast je bagatelizować.

W polskich realiach oznacza to konieczność tworzenia narracji, które łączą troskę o tożsamość z otwartością, a pamięć o krzywdach – z gotowością do budowania przyszłości. Bez takiej pracy emocjonalnej nawet najlepiej skonstruowane instytucje mogą okazać się kruche.

W Polsce, gdzie dyskusja o populizmie bywa zdominowana przez analizy prawne lub ekonomiczne, lektura ta przypomina, że polityka to także – a może przede wszystkim – sprawa uczuć. Zrozumienie ich dynamiki może być pierwszym krokiem do bardziej odpornej, a zarazem empatycznej wspólnoty obywatelskiej. W przeciwnym razie, politycy nadal w odpowiedzi na ludzkie lęki, będą oferować jedynie dane nt. PKB per capita... 


 

czwartek, 23 października 2025

Christian Vandendorpe "Od papirusu do hipertekstu. Esej o przemianach tekstu i lektury" (tłum. Anna Sawisz)

Warto może dla paru ciekawostek, ale całość wypadła znacznie bardziej trywialnie niż oczekiwałam. Miało być chyba o przemianach społeczeństwa i kultury pod wpływem tekstu i obcowania z tekstem - a wyszło raczej technicystycznie i nieprzekonująco. Niewielka objętość książeczki jest tu być może wyjaśnieniem - ale w takim razie należało chyba rzecz lepiej przemyśleć spisać i oddać do druku rok później ;-)

Vandendorpe proponuje szerokie, interdyscyplinarne spojrzenie na dzieje tekstu i praktyki czytelniczej od starożytnego zapisu na papirusie po cyfrowe formy hipertekstowe. Autor kreśli długą narrację: media piśmiennicze nie są neutralnym nośnikiem treści — ich materialne właściwości i technologie zapisu wpływają na formę tekstu, strukturę wiedzy oraz na to, jak ludzie czytają i interpretują. Przechodząc kolejno przez epoki (manuskrypt, druk, książka masowa, media elektroniczne), autor pokazuje, że każda transformacja technologiczna nie tylko rozszerza możliwości komunikacji, lecz także przekształca instytucje kultury — szkołę, bibliotekę, rynek książki — oraz oczekiwania względem czytelnika. Kluczowym pojęciem w rozważaniach Vandendorpe’a jest hipertekst jako model pozwalający na nielinearność, fragmentaryczność i wielościeżkowość tekstu.

Atutem książki jest syntetyczne połączenie historii mediów z refleksją teoretyczną: Vandendorpe korzysta z przykładów literackich, technologicznych i społecznych, by pokazać, jak zmienia się „reżim lektury”. Jego język jest przystępny, a układ esejowy pozwala na skakanie między tematami tak, że książkę czyta się szybko — co jest paradoksalnie trafne przy lekturze o nielinearności tekstu.

Mimo tego, książka nie jest wolna od mankamentów. Vandendorpe miejscami popada w tę samą pułapkę „mediocentrycznego” punktu widzenia — czyli traktowania technologii jako czynników sprawczych bez równie szczegółowego osadzenia ich w kontekstach społeczno-ekonomicznych. Często popada w uogólnienia i zbytnie zaufanie do teleologii rozwoju mediów. Niektóre tezy wydają się powierzchowne, wręcz banalne.

Podsumowując: jest całkiem miły esej — nie rewolucyjny, ale w miarę rzetelny, choć średnio inspirujący. Największą jego zaletą jest umiejętność łączenia historii materialnej tekstu z refleksją teoretyczną oraz zwrócenie uwagi na to, że „czytanie” nie jest jednorodną umiejętnością, lecz praktyką zależną od technologii. Żal zmarnowanej okazji, bo próba połączenia stylu naukowego i popularnego spaliła na panewce i chyba ostatecznie ta książka rozczaruje bardziej wyrobionych czytelników, a nadal nie trafi pod strzechy... 


wtorek, 21 października 2025

Zbigniew Rokita "Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku"

Niesamowita, wspaniała książka! A w zasadzie długi, czuły i miejscami bolesny portret miejsca, które nie chce wejść w żadne gotowe ramy. Jego autor wchodzi w rolę przewodnika i archeologa pamięci: odkopuje rodzinne opowieści, lokalne anegdoty i historie, które w całej Polsce bywały marginalizowane lub upraszczane. Książka jest z jednej strony opowieścią o korzeniach (osobistych i zbiorowych), z drugiej — próbą napisania historii regionu, którego przeszłość składa się z nachodzących na siebie warstw kultur, języków i lojalności. Rokita nie buduje chłodnej monografii; pisze reportażem, który skrzy się dygresją, humorem i autentycznym zdumieniem nad własnym odkrywaniem tożsamości.

Już sam tytuł — "Kajś" — brzmi jak miejscowa nazwa, jak śląski punkt odniesienia: 

"Bo Górny Śląsk nie daje się łatwo zdefiniować. Trudno wyznaczyć ramy jego historycznego tła, ograniczyć go do konkretnego terytorium, nadać mu bezdyskusyjne cechy. Śląsk może być regionalną tożsamością lub narodowością. Spadkiem po przodkach lub życiowym wyborem. Mentalnie rozciąga się między Polską a Niemcami, kopalniami a zielonymi wioskami. Raz jest bliżej, raz dalej. Jest „kajś”, czyli gdzieś." 

"Kajś" stał się impulsem do dyskusji o tym, czym jest polskość na pograniczach. Siłą książki jest balans między mikroświatem a makrohistorią. Rokita zaczyna od rodzinnych portretów, od imion i miejsc (warto wspomnieć, że w książce pojawiają się konkretne postaci i nazwy ulic, które nadają opowieści dotyk realności), a potem rozkłada te jednostkowe losy na szersze procesy: migracje, przymusowe zmiany granic, prześladowania, służbę w armiach przeciwko sobie. W rozmowach i analizach prowadzonych przez autora pojawia się także prowokująca statystyka o skali mobilizacji śląskich mieszkańców w różnych armiach i formacjach — to gest, który ma zmusić czytelnika do myślenia poza schematami „my — oni”. 

Ten wspaniały reportaż literacki o wyraźnym rytmie, krojony jest na krótkie rozdziały, pełen skrótów, metafor i błyskotliwych obserwacji. Autor potrafi być równocześnie dociekliwy, czuły i sceptyczny — nie idealizuje ani miejsca, ani swoich bohaterów. Dzięki temu opowieść nie popada w folklorystyczną egzaltację, nie staje się też zimną analizą bez emocji. Rokita potrafi łączyć anegdotę z kontekstem historycznym bez efektu sztuczności.

Chwilami jednak książka jest nierówna: czasem narracja urywa się w pół zdania, gdy wątek rodzinny zostaje raptownie przerwany przez szeroką historyczną panoramę — co dla jednych czytelników jest intrygującym skokiem myśli, dla innych — chaosem, który utrudnia pełne skoncentrowanie się na którymś z planów. Ta fragmentaryczność do mnie przemawia: imituje przecież narastanie tożsamości z kawałków pamięci. Ale może być męcząca, jeśli czytelnik oczekuje jednorodnej narracji.

„Przez większość życia uważałem Ślązaków za jaskiniowców z kilofem i roladą. Swoją śląskość wypierałem. W podstawówce pani Chmiel grała nam na akordeonie Rotę, a ja nie miałem pojęcia, że ów plujący w twarz Niemiec z pieśni był moim przodkiem.”

Rokita pokazuje, że Śląsk nie jest ani w pełni „polski”, ani „niemiecki”, ani „autonomiczny” w prostych kategoriach. To teren, który przez stulecia był przedmiotem negocjacji, asymilacji i zapominania. Autor proponuje metodę prostą, a trudną zarazem: słuchać lokalnych głosów, rekonstruować historie z fragmentów, przyjmować niewygodne fakty i opowiadać je bez nadmiernej dumy ani pogardy. Dzięki temu "Kajś" staje się lekcją o tym, jak pisać wspólne dzieje w epoce polaryzacji.

Dla czytelnika spoza Śląska lektura tej książki jest jak otwarcie okna na skomplikowaną, a przez to bardziej prawdziwą historię Polski. Dla mieszkańców regionu — często aktem rozpoznania, remisji pamięci i zmierzenia się z pamięcią rodzinną. Warto też wspomnieć, że wydawnictwo zadbało o edycję także w wersji śląskiej — gest symboliczny, który przypomina, że język i nazwy mają tu ogromne znaczenie.

Największym atutem książki jest uczciwość — autor nie oferuje końcowych odpowiedzi, tylko sposób patrzenia. Jeśli szukacie reportażu, który łączy literacką wrażliwość z rzetelnym dreszczykiem historycznej analizy, "Kajś" zasługuje na miejsce na półce i na długą rozmowę po lekturze. Książka do długiego smakowania, licznych przemyśleń i ciekawych dyskusji!


 

niedziela, 19 października 2025

Lucia Berlin "Instrukcja dla pań sprzątających" (tłum. Dobromiła Jankowska)

Zgromadzone teksty — wydane już po śmierci autorki — sprawiają, że książka, choć to zbiór opowiadań, przywodzi na myśl autobiograficzną kronikę życia, pełną chwil boleści, zmagań i codziennych drobin nadziei. Berlin koncentruje się przede wszystkim na kobietach żyjących na marginesie — samotne matki, wdowy, kobiety uzależnione, osoby pracujące fizycznie lub usługowo, często – sprzątaczki, pielęgniarki, osoby zajmujące się domem czy opieką. Ich życie nie jest ani przez chwilę idealizowane; Berlin pokazuje trudy, ubóstwo, wstyd, uzależnienie, chorobę, przemoc, a także miłość, poczucie winy, tęsknotę.

W opowiadaniach Berlin wnika głęboko np. w psychikę kobiety zmagającej się z alkoholizmem; przedstawia pracę pielęgniarki w izbie przyjęć, jej codzienne doświadczenia ze śmiercią, cierpieniem, obserwacją ludzi w ekstremalnych sytuacjach; w jeszcze innym — los matki imigrantki, jej obawy, relacje z lekarzami, urzędami, opieką nad dzieckiem.

Bohaterki Berlin nie zawsze są jednoznacznie silne. Czasem są zranione, czasem przegrywają, ale często właśnie przez te niedoskonałości czy ograniczenia stają się najbardziej przekonujące i prawdziwe. Ich życie to ciąg balansowania między obowiązkami — wobec dzieci, pracy, samych siebie — a pragnieniem ucieczki, oddechu, normalności.

Jednym z głównych atutów tej książki jest styl Berlin: prosty, surowy, często fragmentaryczny, z elementami humoru nawet w bardzo trudnych momentach. Narracja nie zawsze idzie linią prostą — wydarzenia się przeplatają, czasami przeskakują; narratorka często zwraca się bezpośrednio do czytelnika, co zwiększa poczucie intymności i autentyczności.

Tytuł „Instrukcja dla pań sprzątających” stanowi zabieg ironiczny: choć nagłówek sugeruje poradnik, instrukcje tu są bardziej elementem literackiego kolażu, sposób na opowiedzenie o pracy, o hierarchiach społecznych, o relacjach między pracującą kobietą a osobami, dla których sprząta, i — szerzej — o byciu kobietą w trudnych warunkach. Humor i tragizm często idą tu w parze: Berlin potrafi pokazywać absurd życia — czy to związany z biurokracją, czy z własnym uzależnieniem, czy z nierównościami społecznymi — ale robi to bez patosu, z akceptacją i empatią. 

Niektóre opowiadania brzmią tak, jakby miały swoje źródło w życiu. Berlin zna smak ubóstwa, walki, niesprawiedliwości, samotności. To nie fikcja odkryta z oddali, ale doświadczenie z pierwszej ręki. Autorka nie próbuje upiększać: odsłania, pokazuje rany, ale także momenty bliskości, miłości, humoru. Te kontrasty wzmacniają przekaz. 

Chwilami nieco męczy brak linearności / porządku. Ten zbiór wymaga koncentracji; wydarzenia, osoby, miejsca mogą się powtarzać, ale nie zawsze wiadomo, w jakiej relacji czasowej lub geograficznej. To może dezorientować czytelnika przyzwyczajonego do bardziej chronologicznego czy kontekstualnego prowadzenia. Czasami opowieści są niedokończone — Berlin często wprowadza sytuacje, które nie mają jasnego zakończenia; pozostaje pytanie, domysł; niektóre opowieści uderzają swoją prostotą, ale nie wszystkim może odpowiadać taka otwartość. Niektóre opowiadania są mocniejsze, bardziej zapadające w pamięć, inne — lżejsze albo mniej przekonujące.

Książka Berlin pojawiła się w czasie, gdy literatura w dużej mierze znajdowała się pod wpływem autobiografii, gdy głosy osób dotychczas marginalizowanych zaczynały być słyszane. Berlin wpisuje się w ten nurt, ale nie stara się tylko być „autorką z marginesu” — jej pisarstwo to dyscyplina języka i narracji, to literatura, która wymaga od czytelnika zarówno współczucia, jak i refleksji. Ponadto swoją siłą uderza w tematy rzadziej eksplorowane: kobiety pracujące fizycznie, kobiety uzależnione, kobiety o wielorakich obowiązkach; życie, które nie pozwala na luksus banalnego optymizmu. Berlin nie daje łatwych rozstrzygnięć — nie chodzi o to, by pocieszać, ale by pokazywać.

To zbiór, który zostaje w pamięci, bo Berlin potrafi mówić o rzeczach trudnych — alkoholizmie, ubóstwie, samotności, granicach wytrzymałości — w sposób, który nie znieczula, ale uczy widzieć.

piątek, 17 października 2025

Herbert George Wells "Niewidzialny człowiek"

Jedna z moich ulubionych powieści Wellsa! Nadal stawia niezwykle trudne, wciąż aktualne pytania – choć napisana została w 1897 roku! Wielu czytelników podchodzi do tej książki jak do powieści fantazy, a to przecież przede wszystkim jest wspaniały moralitet - jak zresztą wiele powieści Wellsa.

Głównym bohaterem jest Griffin – fizyk genialny, acz pozbawiony skrupułów, który dokonuje wynalazku, czyniąc się niewidzialnym. Widoczność dla niego staje się balastem: zyskując potężną przewagę, traci coś równie ważnego – kontakt z ludźmi, moralne hamulce, możliwość bycia „widzialnym” w sensie społecznym i psychologicznym. Wells pozwala czytelnikowi obserwować zarówno przebieg eksperymentu – proces, przez który bohater się przebiera, opatruje, ukrywa – jak i konsekwencje, jakie niesie za sobą niewidzialność. Fabuła rozwija się stopniowo: Griffin pojawia się w małej wiosce Iping, wzbudza ciekawość, potem strach; jego działania stają się coraz bardziej destrukcyjne i egoistyczne. Kulminacją staje się dramatyczny konflikt z mieszkańcami, izolacja, zdrada, a w końcu upadek.

Co czyni tę powieść ponadczasową? Po pierwsze znakomite studium izolacji i alienacji. Griffin po dokonaniu wynalazku zostaje odłączony od świata: nie może być sobą, musi się ukrywać, traci relacje. Niewidzialność staje się metaforą separacji psychicznej – i staje się źródłem cierpienia. Izolacja prowadzi z kolei do dehumanizacji.

Po drugie kwestia mocy i jej korupcji. Wells pokazuje, że moc sama w sobie nie czyni człowieka dobrym. Griffin, obdarzony niemal absolutną niematerialną przewagą, używa jej przede wszystkim do własnych celów – włamania, terroryzowania, manipulacji. To ostrzeżenie przed tym, co dzieje się, gdy władza (lub przywilej) nie jest kontrolowany przez wartości etyczne.

Trzeci ważny wątek to granice nauki i etyki. Innowacja technologiczna – uczynienie się niewidzialnym – fascynuje, ale staje się destrukcyjna, gdy nie towarzyszy jej refleksja moralna. Wells nie idealizuje nauki – przeciwnie: stawia pytanie o koszt eksperymentu i o to, kto płaci najwyższą cenę.

Następnie problem tożsamości i widzialności. Niewidzialność u Griffina nie jest tylko fizyczna, lecz symboliczna: chodzi o to, kim jesteś, gdy nie jesteś obserwowany, kiedy twoje działania nie mają świadków. Utrata widzialności oznacza utratę potwierdzenia człowieczeństwa – bo czy człowiek istnieje, jeśli nikt go nie widzi ani nie słyszy? Pojawiają się też pytania o to, jak społeczeństwo reaguje na to, co niewidzialne, nieznane, trudne do zrozumienia.

Wreszcie reakcja społeczeństwa na to, co nieznane: Iping, niewielka wieś, zwykli, raczej konserwatywni mieszkańcy, którzy zaczynają działać razem, gdy pojawia się tajemnica, lęk, zagrożenie. Obawa, nieufność wobec tego, czego się nie rozumie. Społeczność, która mobilizuje się przeciw temu, co uważa za niebezpieczne, co przekracza jej zdolności percepcji albo moralnego komfortu.

Wells umiejętnie łączy elementy horroru, science-fiction i realistycznego opisu. Narracja prowadzona jest w większości z dystansu, co potęguje efekt obcości. Kiedy Griffin sam opowiada swoją historię, ton opowieści ulega zmianie na bardziej osobisty, czasem histeryczny, pokazujący jego obawy, samozachwyt, ale też desperację.

Książka jest bardzo zwięzła. Wells nie przeciąga wątków: działania Griffina są szybkie, konsekwencje natychmiastowe. To nie epicka saga, ale intensywna analiza charakteru i paradoksów mocy oraz nauki. Mimo że powieść ma przeszło sto lat, jej pytania – o odpowiedzialność nauki, alienację, etyczne granice, o lęk przed obcością – pozostają niezwykle żywe. W dobie technologii, anonimowości internetu, grozy budowanej wokół AI, monitoringu, bioinżynierii, kwestie ludzkich obawa w obliczu rozwoju technologii nadal pozostają centralnym punktem uwagi.

Można oczywiście zarzucić jednowymiarowość niektórych postaci drugoplanowych: Poza Griffinem i dr. Kempem postaci takie, jak Marvel, mieszkańcy wsi są raczej typami niż pełnokrwistymi bohaterami; ich motywacje bywają uproszczone – ciekawość, strach, agresja. To ogranicza dramatyczną siłę konfliktów międzyludzkich. Brakuje też nieco głębszego kontekstu społecznego i pogłębionej psychologii i motywacji działań Griffina. Choć autor pokazuje jego działania, sam Griffin pozostaje w pewnym sensie enigmatyczny: co go ukształtowało?, co konkretnie doprowadziło go do tak radykalnej izolacji? Tych wątków Wells w pełni nie rozwinął. Czy temu bohaterowi można było współczuć?

"Niewidzialny człowiek" ugruntował pozycję Wellsa jako jednego z pionierów science fiction, nie tylko dlatego, że korzysta z fantastycznego elementu (niewidzialność), ale dlatego, że używa go jako soczewki, przez którą ogląda ludzką moralność, społeczną odpowiedzialność, psychologię. To książka z „science fiction z przesłaniem” – niełatwym, często pesymistycznym. Książka ta często zestawiana jest z innymi dziełami Wells’a, ale też z wcześniejszymi dziełami (np. z "Frankensteinem") – bo podobnie osią powieści jest tam przekonanie, że nauka + ambicja + moralność = konflikt. Wells nie idzie w stronę romantycznego bohatera-naukowca uniesionego ideałem; jego Griffin to bardziej ostrzeżenie: geniusz zostawiony bez moralnego kompasu może być destrukcyjny – dla siebie i dla innych.

Uważam, że jest to powieść znakomita pod względem koncepcyjnym: pełna napięcia, prowokująca, zmuszająca do refleksji nad tym, co naprawdę oznacza być „widzialnym” – nie tylko fizycznie, ale społecznie, moralnie, psychicznie. Stawia pytania o odpowiedzialność w obliczu nauki i władzy, prowokuje do myślenia, fascynuje a zarazem jest ostrzeżeniem.





środa, 15 października 2025

Joan Samson "Aukcjoner" (tłum. Michał Zdancewicz)

Akcja tej fenomenalnej powieści toczy się w małym rolniczym miasteczku Harlowe w stanie New Hampshire, w połowie lat 70. XX wieku. Główni bohaterowie to rodzina Moore’ów: John, jego żona Mim, ich mała córka Hildie, i matka Johna („Ma”). Farma, którą prowadzą od pokoleń, stanowi ich dom, ich tradycję i punkt odniesienia całego ich życia. 

Spokój lokalnej społeczności zostaje zakłócony wraz z przybyciem Perly’ego Dunsmore’a — człowieka charyzmatycznego, eleganckiego i przemawiającego do wyobraźni mieszkańców. Dunsmore kupuje opuszczony dom w miasteczku, deklaruje chęć pomocy – organizuje cotygodniowe aukcje, zachęca mieszkańców, by oddawali niepotrzebne przedmioty, „stare graty”, a dochód obiecuje przeznaczyć na zwiększenie liczby szeryfów i poprawę bezpieczeństwa.

Z czasem jednak okazuje się, że motywacje Dunsmore’a rozrastają się; aukcje zaczynają być źródłem nacisku i groźby. Ci, którzy sprzeciwiają się dawaniu kolejnych rzeczy — nawet tych, które wydają się jeszcze prywatne, potrzebne — spotykają się z „wypadkami”. Pojawiają się nowe oddziały władzy (deputies), służby policyjne rosną w siłę, a presja społeczna i instytucjonalna zwiększa się. Mooresowie znajdują się na pozycji tych, którzy próbują się oprzeć, jednak ich sprzeciw jest fragmentaryczny i pełen wątpliwości. Przez to eskalacja wydarzeń wydaje się niemal nieuchronna.

Książka eksploruje kilka wątków tematycznych, które czynią ją czymś więcej niż tylko thrillerem. Po pierwsze - i ten wątek podoba mi się najbardziej - jest to swoisty traktat o władzy i manipulacji. Perly Dunsmore funkcjonuje jako figura, która stopniowo zyskuje kontrolę nad społecznością, wykorzystując kategorię dobra wspólnego i własną charyzmę, by uzasadniać coraz bardziej radykalne działania, które eweidentnie krzywdzą mieszkańców miasteczka.

Drugi ważny wątek to zagadnienie konformizmu społecznego. Mieszkańcy Harlowe stopniowo akceptują coraz to bardziej uciskające żądania, w miarę jak strach, groźby i presja społeczna oddziałują na kolejne jednostki. Chęć uniknięcia konfliktu, chęć bycia po stronie „bezpiecznej”, lęk przed byciem osamotnionym – to wszystko sprawia, że ludzie godzą się na to, co dla nich szkodliwe, za cenę własnego sumienia, bezpieczeństwa , a nawet życia sąsiadów.

Kolejny wątek to stopniowa utrata wolności. Książka znakomicie pokazuje, jak w sposób subtelny, niemal niedostrzegalny mieszkańcy tracą własność, autonomię, aż do momentu, gdy tracą jakąkolwiek możliwość sprzeciwu. Nakładanie nowych deputatów, kontrola ze strony władz działających pod auspicjami ochrony czy bezpieczeństwa – wszystko to zostaje wykorzystane jako mechanizmy władzy.

I wreszcie nieustannie spiętrzająca się groza psychologiczna – horror w tej powieści nie wynika z nadnaturalnych przyczyn (nie ma tu otworów czy duchów), lecz z ludzkiego okrucieństwa, z manipulacji, terroru psychicznego i z presji społecznej. To bardziej opowieść o tym, co może się wydarzyć, gdy społeczność pozwoli jednej osobie (lub idei) przejąć kontrolę.

Samson stosuje znakomitą narrację powoli eskalującą napięcie. Książka zaczyna się niemal sielankowo, opisami życia na farmie, zwyczajów mieszkańców, ich codziennych trosk. Później wkrada się niepokój: małe gesty, niespecyficzne groźby, dziwne wypadki. To buduje atmosferę, że coś jest nie w porządku, choć nie wiadomo dokładnie, kiedy nastąpi punkt krytyczny. Takie podejście (slow burn) działa, bo czytelnik stopniowo identyfikuje się z Moore’ami, obserwuje ich rosnące przerażenie, bezsilność oraz konflikty wewnątrz samej rodziny (Mim, John, Ma). Dzięki temu, gdy świat wykreowany przez Perly’ego osiąga swoje apogeum, uderza on tym mocniej.

Chwilami jednak narracja nadmiernie zwalnia i sprawia wrażenie zbyt przewidywalnej: już stosunkowo wcześnie domyślamy się, jakie Perly ma intencje, i że mieszkańcy będą coraz bardziej uciskani, a tymczasem bohaterowie pozostają bierni, brak im inicjatywy. Odnoszę też wrażenie, że wiele dialogów i refleksji powtarza się, co niepotrzebnie wydłuża lekturę i osłabia tempo w środku powieści.

Niemniej zachwycają te najmocniejsze trony, czyli atmosfera powieści – intensywna i tym bardziej napięta, że ma się wrażenie, że przedstawiane wydarzenia mogłyby się faktycznie zdarzyć. Sens realności i grozy tkwi w detalach (jak mieszkańcy reagują na presję, jakie mechanizmy społeczne się ujawniają).

Interesującym tropem jest możliwość odczytywania tej książki jako metafory władzy, populizmu, autorytaryzmu, a tym samym ostrzeżenia przed tym, jak społeczeństwo może być manipulowane przez jednostkę, która oferuje porządek czy bezpieczeństwo w zamian za wolność.

Świetny jest realizm postaci - szczególnie Moore’ów, z ich wewnętrznymi konfliktami: między oporem a chęcią zachowania normalności; między troską o rodzinę a poczuciem winy, że się „pozwala” na coś złego. Matka Johna („Ma”) bywa postacią silną, ostro kontrastującą z bierną zgodą innych.

Jak dla mnie - świetny thriller, który pozwala na eskapizm i myślenie, a to rzadkie połączenie!




poniedziałek, 13 października 2025

Caroline Alexander "Bunt na Bounty. Historia prawdziwa" (tłum. Fabian Tryl)

Reinterpretacja jednego z najbardziej znanych buntów morskich w historii: rebelii załogi HMS "Bounty" przeciw porucznikowi Williamowi Blighowi w 1789 roku. Alexander stawia pytania: ile plotki, ile legendy, ile zwykłego ludzkiego konfliktu stoi za mitami, które przez wieki kształtowały narrację o Christianie i Blighu.

Książka dzieli się mniej więcej na trzy segmenty. Pierwszy to przygotowania i rejs "Bounty" — geneza misji, charakterystyka ludzi na pokładzie, ich wcześniejsze losy, kontekst polityczny i społeczny Imperium Brytyjskiego w końcu XVIII wieku. Alexander dokładnie szkicuje warunki życia na okręcie, hierarchię i stosunki między oficjelami i załogą.

Druga część to pobyt na Tahiti i bunt — dobrze opisane momenty przejścia od względnego spokoju i kontaktu kulturalnego z rdzenną ludnością do momentu, w którym napięcia eskalują. Tahiti jawi się jako miejsce kontrastu: raj tropikalny, element pokusy, ale też katalizator problemów: tęsknoty za swobodą, napięć społecznych, konfliktu charakterów, pijaństwa. Moment samej rebelii oraz dramatyczna podróż Bligha i wiernych mu ludzi w łodzi ratunkowej również są ukazane mocno, choć z pewnymi zastrzeżeniami co do głębokości emocjonalnej tych opisów.

Wreszcie trzecia część to procesy sądowe i los buntowników. Alexander poświęca znaczącą część książki sądowi wojennemu nad tymi, którzy zostali schwytani, zwłaszcza nad Peterem Heywoodem. Rozważa, jak różne narracje (oficjalne, rodzinne, prasowe) przyczyniły się do ukształtowania legendy Christiana jako bohatera romantycznego, a Bligha jako tyrana. Również wątki dalszych losów osadzają opowieść w perspektywie kulturowej i moralnej.

Siłą książki są liczne źródła i znakomita dokumentacja (dzienniki pokładowe, listyw, akta sądowe, relacje osób postronnych). To pozwala na wielowymiarowy obraz wydarzeń, często sprzeczny z tradycyjnym, romantycznym ujęciem historii. Autorka odrzuca uproszczenia, nie wybiera prostego podejścia „dobry kontra zły”, lecz stara się pokazać ludzi z krwi i kości — Christiana, Bligha i resztę załogi — z ich wadami, motywacjami, sprzecznościami. Niektóre mity zostają podważone — np. obraz Bligha jako bezwzględnego potwora, bądź Christiana jako bezsprzecznie niewinnego zbuntowanego bohatera. Atutem książki są także barwne opisy miejsc i kontekstu (Tahiti, Pacyfik, życie na okręcie). Dają one czytelnikowi poczucie przestrzeni, oddechu, egzotyki. Również fragmenty dotyczące Pitcairn i losów potomków buntowników są interesujące, humanizujące bohaterów, stawiające pytania o odpowiedzialność, pamięć, moralność. 

Na tym tle słabiej wypadają takie aspekty jak choćby rozłożenie akcentów: środkowa część książki — opis procesów sądowych i działań prawnych — jest bardzo szczegółowa, momentami strasznie nużąca. Słabo wykorzystany został też motyw przeżyć Bligha podczas podróży łodzią - choć ta część historii jest bardzo dramatyczna. Frustrujący jest także ostatecznie brak jednoznacznej odpowiedzi.

Jest to niewątpliwie książka dla pasjonatów, fanów historii morskiej, literatury faktu i dramatów moralnych. Dla czytelników preferujących bardziej zwarte narracje — wymagać może zbyt dużo cierpliwości przy opisie procesów.



sobota, 11 października 2025

Bonnie Garmus "Lekcje chemii" (tłum. Marek Cieślik)

 

Akcja powieści toczy się w latach 50. i 60. XX wieku w Kalifornii. Główną bohaterką jest Elizabeth Zott, utalentowana chemiczka, która zostaje zwolniona z pracy w laboratorium z powodu seksistowskich uprzedzeń. Zostaje prowadzącą popularnego programu kulinarnego „Supper at Six”, w którym łączy gotowanie z nauką, zachęcając kobiety do myślenia krytycznego i samodzielności. W książce pojawia się również postać psa o imieniu Six-Thirty, który pełni rolę narratora, dodając historii humorystycznego i surrealistycznego charakteru. Tyle jeśli chodzi o streszczenie w telegraficznym skrócie.

Garmus posługuje się prostym, ale błyskotliwym stylem, który sprawia, że książka jest przystępna i angażująca. Jej doświadczenie jako copywriterki widać w precyzyjnie skonstruowanych zdaniach i umiejętnym budowaniu napięcia. Narracja jest pełna ironii i sarkazmu, co nadaje powieści lekkości, mimo poruszanych poważnych tematów. „Lekcje chemii” poruszają bowiem kwestie seksizmu, nierówności płci i walki o miejsce kobiet w nauce i społeczeństwie. Elizabeth Zott staje się symbolem oporu wobec patriarchalnych struktur, a jej historia jest inspiracją do refleksji nad rolą kobiet w historii nauki. Powieść łączy elementy dramatu, komedii i satyry społecznej, tworząc wielowymiarową opowieść o sile jednostki w obliczu systemowych niesprawiedliwości. 

Książka zyskała nadzwyczajną popularność, co skłoniło także i mnie do jej przeczytania, ale nie do końca podzielam liczne zachwyty. Niewątpliwie jest błyskotliwa i zabawna, a osoby, które dotychczas nie miały czasu zastanowić się nad opresyjnym patriarchatem, być może skłoni do refleksji w tym zakresie. Jest też zaraźliwie absurdalna - co bardzo sobie cenię. Nie da się ukryć, że zręcznie łączy elementy literackie z ważnym przesłaniem społecznym. Dzięki oryginalnej narracji, wyrazistym postaciom i poruszanym tematom może trafić do szerokiego grona odbiorców i zarazić myśleniem nawet tych nieprzekonanych. W mojej opinii niektóre tezy zostały tam jednak wyłożone nieco zbyt łopatologicznie, co bywa irytujące.



czwartek, 9 października 2025

Ander Izagirre "Potosí. Góra, która zjada ludzi" (tłum. Jerzy Wołk-Łaniewski)

Poruszający reportaż, który przenosi czytelnika w serce Boliwii, do miasta Potosí, gdzie historia spotyka się z brutalną teraźniejszością. Izagirre, hiszpański dziennikarz i reportażysta, znany z głębokich analiz społecznych, w tej książce ukazuje nie tylko tragiczną sytuację mieszkańców Potosí, ale także mechanizmy wyzysku, które trwają od czasów kolonialnych po współczesność.

Tło historyczne i symbolika Cerro Rico są w mojej opinii najsilniejszymi punktami tej książki, bo to one nadają jej charakter uniwersalny - poprzez skojarzenie z setkami podobnych miejsc, których losy potoczyły się podobnie. Potosí, niegdyś jedno z najbogatszych miast świata, zawdzięczało swoje bogactwo górze Cerro Rico, z której przez wieki wydobywano srebro. W XVI wieku miasto było większe od Londynu, a jego zamożność finansowała potęgę hiszpańskiego imperium kolonialnego. Jednak współcześnie Potosí to jedno z najbiedniejszych miejsc w Ameryce Łacińskiej, a sama góra, wyeksploatowana do granic możliwości, niegdyś nazywana „bogatą górą”, teraz określana jest mianem „góry, która zjada ludzi”. Tytuł książki Izagirre doskonale oddaje tragizm sytuacji – góra, która niegdyś dawała życie, teraz pochłania je w brutalny sposób.

Izagirre prowadzi narrację z perspektywy Alicii, czternastoletniej dziewczynki, która pracuje w ciemnych, niebezpiecznych kopalniach, by utrzymać swoją rodzinę. Jej codzienne życie to nieustanna walka o przetrwanie w warunkach skrajnej biedy i przemocy. Poprzez jej historię autor ukazuje nie tylko dramat dzieci górników, ale także szerszy obraz społeczeństwa, w którym przemoc, alkoholizm i patriarchalne normy są na porządku dziennym.

Izagirre nie skupia się jednak wyłącznie na Alicii. Przedstawia także historie innych mieszkańców Potosí: górników, ich rodzin, przedstawicieli Kościoła i polityków, którzy w różny sposób są związani z tym miejscem. Każda z tych postaci wnosi coś do całości obrazu – od nadziei po rozpacz, od buntu po rezygnację.

Język tego reportażu jest prosty, ale głęboki. Pozwala on poczuć się częścią opowiadanej historii. Styl opowieści jest bezpośredni, bez upiększeń, co sprawia, że przedstawiane wydarzenia stają się jeszcze bardziej wstrząsające. Autor nie boi się poruszać trudnych tematów, takich jak wyzysk, korupcja, przemoc czy nierówności społeczne, co czyni książkę ważnym głosem w debacie o współczesnym świecie.

„Potosí...” jest tyleż książka o historii, co o współczesności. Izagirre pokazuje, jak kolonializm nie skończył się wraz z uzyskaniem niepodległości przez Boliwię, ale trwa nadal w formie neokolonialnego wyzysku. Międzynarodowe korporacje, wspierane przez lokalnych polityków i Kościół, nadal eksploatują zasoby naturalne kraju, nie dbając o dobro jego mieszkańców. Autor ukazuje, jak ten system prowadzi do anarchii, przemocy i beznadziei, w której żyją ludzie w Potosí.

Książka jest także głosem w sprawie wyzysku dzieci – Alicia i jej rówieśnicy zmuszeni są do pracy w niebezpiecznych warunkach, by pomóc swoim rodzinom. Izagirre nie ocenia, ale pokazuje ich rzeczywistość, zmuszając czytelnika do refleksji nad sprawiedliwością społeczną i odpowiedzialnością globalnego społeczeństwa. Trudno wobec tych wątków zachować obojętność. 

Izagirre stworzył dzieło literackie, które łączy reportaż z literaturą piękną, a osobistą historię z uniwersalnym przesłaniem. To opowieść o ludziach, którzy mimo przeciwności losu walczą o godność i lepsze życie. Książka ta jest nie tylko świadectwem tragicznej historii Potosí, ale i apelem o sprawiedliwość i zmianę.