sobota, 11 października 2025

Bonnie Garmus "Lekcje chemii" (tłum. Marek Cieślik)

 

Akcja powieści toczy się w latach 50. i 60. XX wieku w Kalifornii. Główną bohaterką jest Elizabeth Zott, utalentowana chemiczka, która zostaje zwolniona z pracy w laboratorium z powodu seksistowskich uprzedzeń. Zostaje prowadzącą popularnego programu kulinarnego „Supper at Six”, w którym łączy gotowanie z nauką, zachęcając kobiety do myślenia krytycznego i samodzielności. W książce pojawia się również postać psa o imieniu Six-Thirty, który pełni rolę narratora, dodając historii humorystycznego i surrealistycznego charakteru. Tyle jeśli chodzi o streszczenie w telegraficznym skrócie.

Garmus posługuje się prostym, ale błyskotliwym stylem, który sprawia, że książka jest przystępna i angażująca. Jej doświadczenie jako copywriterki widać w precyzyjnie skonstruowanych zdaniach i umiejętnym budowaniu napięcia. Narracja jest pełna ironii i sarkazmu, co nadaje powieści lekkości, mimo poruszanych poważnych tematów. „Lekcje chemii” poruszają bowiem kwestie seksizmu, nierówności płci i walki o miejsce kobiet w nauce i społeczeństwie. Elizabeth Zott staje się symbolem oporu wobec patriarchalnych struktur, a jej historia jest inspiracją do refleksji nad rolą kobiet w historii nauki. Powieść łączy elementy dramatu, komedii i satyry społecznej, tworząc wielowymiarową opowieść o sile jednostki w obliczu systemowych niesprawiedliwości. 

Książka zyskała nadzwyczajną popularność, co skłoniło także i mnie do jej przeczytania, ale nie do końca podzielam liczne zachwyty. Niewątpliwie jest błyskotliwa i zabawna, a osoby, które dotychczas nie miały czasu zastanowić się nad opresyjnym patriarchatem, być może skłoni do refleksji w tym zakresie. Jest też zaraźliwie absurdalna - co bardzo sobie cenię. Nie da się ukryć, że zręcznie łączy elementy literackie z ważnym przesłaniem społecznym. Dzięki oryginalnej narracji, wyrazistym postaciom i poruszanym tematom może trafić do szerokiego grona odbiorców i zarazić myśleniem nawet tych nieprzekonanych. W mojej opinii niektóre tezy zostały tam jednak wyłożone nieco zbyt łopatologicznie, co bywa irytujące.



czwartek, 9 października 2025

Ander Izagirre "Potosí. Góra, która zjada ludzi" (tłum. Jerzy Wołk-Łaniewski)

Poruszający reportaż, który przenosi czytelnika w serce Boliwii, do miasta Potosí, gdzie historia spotyka się z brutalną teraźniejszością. Izagirre, hiszpański dziennikarz i reportażysta, znany z głębokich analiz społecznych, w tej książce ukazuje nie tylko tragiczną sytuację mieszkańców Potosí, ale także mechanizmy wyzysku, które trwają od czasów kolonialnych po współczesność.

Tło historyczne i symbolika Cerro Rico są w mojej opinii najsilniejszymi punktami tej książki, bo to one nadają jej charakter uniwersalny - poprzez skojarzenie z setkami podobnych miejsc, których losy potoczyły się podobnie. Potosí, niegdyś jedno z najbogatszych miast świata, zawdzięczało swoje bogactwo górze Cerro Rico, z której przez wieki wydobywano srebro. W XVI wieku miasto było większe od Londynu, a jego zamożność finansowała potęgę hiszpańskiego imperium kolonialnego. Jednak współcześnie Potosí to jedno z najbiedniejszych miejsc w Ameryce Łacińskiej, a sama góra, wyeksploatowana do granic możliwości, niegdyś nazywana „bogatą górą”, teraz określana jest mianem „góry, która zjada ludzi”. Tytuł książki Izagirre doskonale oddaje tragizm sytuacji – góra, która niegdyś dawała życie, teraz pochłania je w brutalny sposób.

Izagirre prowadzi narrację z perspektywy Alicii, czternastoletniej dziewczynki, która pracuje w ciemnych, niebezpiecznych kopalniach, by utrzymać swoją rodzinę. Jej codzienne życie to nieustanna walka o przetrwanie w warunkach skrajnej biedy i przemocy. Poprzez jej historię autor ukazuje nie tylko dramat dzieci górników, ale także szerszy obraz społeczeństwa, w którym przemoc, alkoholizm i patriarchalne normy są na porządku dziennym.

Izagirre nie skupia się jednak wyłącznie na Alicii. Przedstawia także historie innych mieszkańców Potosí: górników, ich rodzin, przedstawicieli Kościoła i polityków, którzy w różny sposób są związani z tym miejscem. Każda z tych postaci wnosi coś do całości obrazu – od nadziei po rozpacz, od buntu po rezygnację.

Język tego reportażu jest prosty, ale głęboki. Pozwala on poczuć się częścią opowiadanej historii. Styl opowieści jest bezpośredni, bez upiększeń, co sprawia, że przedstawiane wydarzenia stają się jeszcze bardziej wstrząsające. Autor nie boi się poruszać trudnych tematów, takich jak wyzysk, korupcja, przemoc czy nierówności społeczne, co czyni książkę ważnym głosem w debacie o współczesnym świecie.

„Potosí...” jest tyleż książka o historii, co o współczesności. Izagirre pokazuje, jak kolonializm nie skończył się wraz z uzyskaniem niepodległości przez Boliwię, ale trwa nadal w formie neokolonialnego wyzysku. Międzynarodowe korporacje, wspierane przez lokalnych polityków i Kościół, nadal eksploatują zasoby naturalne kraju, nie dbając o dobro jego mieszkańców. Autor ukazuje, jak ten system prowadzi do anarchii, przemocy i beznadziei, w której żyją ludzie w Potosí.

Książka jest także głosem w sprawie wyzysku dzieci – Alicia i jej rówieśnicy zmuszeni są do pracy w niebezpiecznych warunkach, by pomóc swoim rodzinom. Izagirre nie ocenia, ale pokazuje ich rzeczywistość, zmuszając czytelnika do refleksji nad sprawiedliwością społeczną i odpowiedzialnością globalnego społeczeństwa. Trudno wobec tych wątków zachować obojętność. 

Izagirre stworzył dzieło literackie, które łączy reportaż z literaturą piękną, a osobistą historię z uniwersalnym przesłaniem. To opowieść o ludziach, którzy mimo przeciwności losu walczą o godność i lepsze życie. Książka ta jest nie tylko świadectwem tragicznej historii Potosí, ale i apelem o sprawiedliwość i zmianę.



wtorek, 7 października 2025

Barbara Demick "Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej " (tłum. Agnieszka Nowakowska)

Poruszająca, znakomita i bardzo ważna książka. Aż trudno uwierzyć, jak mało wiemy o Korei Północnej - na przykład o tym, że formalnie nadal pozostaje ona w stanie wojny (zawieszonej od 1953 r.) ze Stanami Zjednoczonymi. Przejmujące losy jej mieszkańców odbiegają znacząco od tego, co było udziałem obywateli europejskich demoludów - niewyobrażalny głód i ścisła izolacja, skrajna indoktrynacja, wspierana kulturą songbun, to zjawiska, których nie doświadczali ludzie nawet w takich reżimach jak Albania czy Rumunia. W podziw wprawia dociekliwość autorki i odwaga jej rozmówców. Warto, bardzo warto przeczytać!  

A nieco dokładniej:

Barbara Demick, za pomocą osobistych historii sześciorga uciekinierów z Korei Północnej, odsłania brutalną rzeczywistość tego zamkniętego państwa, ukazując nie tylko mechanizmy polityczne, ale także codzienne życie zwykłych ludzi. Jest to reportaż w formie narracyjnej. Każda z przedstawionuch historii jest inna, ale łączy je wspólne doświadczenie życia w reżimie totalitarnym i desperacka chęć ucieczki. Autorka zręcznie łączy te osobiste opowieści z tłem historycznym i politycznym, tworząc spójną i wciągającą narrację.

Demick opisuje, jak władze ingerują w najdrobniejsze aspekty życia codziennego, od wyboru zawodu po życie rodzinne. Przykładem może być historia Mi-ran, która zakochała się w chłopcu z innej klasy społecznej, co było absolutnie zabronione. Ich miłość musiała być ukrywana, a spotkania odbywały się w tajemnicy, często w ciemnościach, aby uniknąć wykrycia przez służby.

Głód lat 90. XX wieku, który pochłonął życie jednej piątej populacji, jest kolejnym dramatycznym aspektem przedstawionym w książce. Demick opisuje, jak ludzie walczyli o przetrwanie, często zmuszeni do jedzenia trawy czy korzeni. Obrazy martwych ciał na ulicach czy umierających dzieci są przerażającym świadectwem skali tragedii.

Decyzja o ucieczce z Korei Północnej była dla wielu osób aktem desperacji, ale także nadziei na lepsze życie. Demick opisuje trudności, z jakimi musieli się zmierzyć uciekinierzy – od niebezpiecznej podróży przez Chiny po adaptację w obcym kraju. Wielu z nich zmagało się z poczuciem winy za porzucenie rodziny, a także z traumą po przeżyciach w ojczyźnie. Mimo to ich historie są pełne odwagi i determinacji.

„Światu nie mamy czego zazdrościć” pokazuje, jak system totalitarny może zniszczyć jednostkę, ale także jak silna jest wola przetrwania i dążenie do wolności. Demick nie tylko przedstawia fakty, ale także zadaje pytania o to, co oznacza być człowiekiem w świecie, gdzie wszystko jest kontrolowane.



niedziela, 5 października 2025

Kamil Janicki "Cywilizacja Słowian. Prawdziwa historia największego ludu Europy"

Niezwykle ciekawa książka - zdecydowanie popularnonaukowa (zaznaczam, w razie gdyby ktoś spodziewał się Wielkiej Lechii, albo podobnych opowieści wyssanych z palca). Co ciekawe, autor w wielu miejscach podkreśla, że słowiańszczyzna nie potrzebuje tego typu fałszywych mitów i bzdurnych dopowiedzeń. Pomimo braku kultury pisanej we wczesnym okresie rozwoju, istnieją liczne przesłanki pozwalające sądzić, że słowiańszczyzna stanowiła atrakcyjny dla swoich mieszkańców obszar do życia, a model jej rozwoju - oczywiście skrajnie różny niż ten, jaki znamy z późnego antyku, czy nawet obszaru germańskiego - był zapewne w pewnych aspektach bezpieczniejszy i bardziej demokratyczny dla swoich mieszkańców. Autor jednocześnie rozwala mit o łagodności Słowian - podkreśla, jak ważnym źródłem pieniądza kruszcowego w rozwoju słowiańszczyzny był najpewniej handel niewolnikami, co oznacza, że tradycje przemocy mamy nie gorsze niż Amerykanie!

Kapitalny jest rozdział poświęcony pseudobadaniom naukowym i narastaniu mitów powszechnie podzielanych następnie przez całe pokolenia badaczy oraz powielanych do dzisiaj w podręcznikach historii. Choćby dla tego rozdziału warto sięgnąć po tę książkę! 

Janicki stworzył opracowanie, które łączy pasję do historii z rzetelnym podejściem naukowym. Książka wciąga od pierwszej strony, a autor nie ogranicza się do przedstawienia suchej chronologii wydarzeń. Analizuje różnorodne aspekty życia Słowian – od osadnictwa i budownictwa, przez organizację społeczną, aż po religię i obrzędy pogrzebowe. Stawia pytania o pochodzenie Słowian, ich codzienne życie oraz sposób postrzegania świata, co pozwala lepiej zrozumieć ich mentalność i kulturę.

Język jest przystępny, bez akademickiego żargonu, narracja jest płynna, lektura jest wielką przyjemnością, tym bardziej, że autor nie boi się polemizować z utrwalonymi mitami i stereotypami dotyczącymi Słowian, prezentując nowe interpretacje i odkrycia archeologiczne.


 

piątek, 3 października 2025

Byung-Chul Han "Społeczeństwo zmęczenia i inne eseje" (tłum. Rafał Pokrywka)

Czytałam tę książkę z wielką przyjemnością, podobają mi się liczne odniesienia do literatury i eseistyczna forma, ale ujmuję jedną gwiadkę za... gwiazdorskie pozerstwo, bo całość podszyta jest jest nim niewąsko ;-)  Czy są po temu podstawy? O tak!

 „Społeczeństwo zmęczenia” jest krótkim, lecz głębokim esejem filozoficznym, który w sposób przenikliwy diagnozuje współczesne społeczeństwo. Han, filozof urodzony w Korei Południowej, a od lat mieszkający w Niemczech, w swojej pracy łączy wschodnie i zachodnie tradycje myślowe, oferując świeże spojrzenie na problemy współczesności.

Han rozpoczyna analizę od porównania dwóch typów społeczeństw: tradycyjnego, opartego na negatywnych nakazach („musisz”), i współczesnego, charakteryzującego się pozytywnymi imperatywami („możesz”). W przeszłości władza opierała się na zakazach i represjach, teraz natomiast dominuje presja do działania, sukcesu i samorealizacji. To przejście od „społeczeństwa dyscypliny” do „społeczeństwa osiągnięć” prowadzi do wewnętrznego przymusu, gdzie jednostka sama siebie mobilizuje do ciągłej aktywności. 

Staliśmy się zatem społeczeństwem autokontroli i pozornego wyzwolenia. Współczesny człowiek nie jest już poddawany zewnętrznej kontroli, lecz sam siebie kontroluje. Han zauważa, że w erze neoliberalnej jednostka staje się swoim własnym nadzorcą. To samodyscyplinowanie, choć pozornie stanowi wyraz wolności, w rzeczywistości jest formą zniewolenia, gdyż prowadzi do wyczerpania i wypalenia.

Han wskazuje, że współczesne choroby, takie jak depresja, ADHD czy wypalenie zawodowe, nie są wynikiem zewnętrznych zagrożeń, lecz efektem nadmiaru pozytywności. Zamiast infekcji wirusowych, mamy do czynienia z wewnętrznymi kryzysami wywołanymi przez nadmierną aktywność i brak granic. To zjawisko jest szczególnie widoczne w kulturze pracy, gdzie sukces jednostki jest mierzony jej wydajnością i efektywnością.

Książka przesiąknięta jest krytyką kultury pozytywności. Han negatywnie ocenia dominującą w kulturze współczesnej obsesję na punkcie pozytywności. Zamiast akceptować negatywne aspekty życia, takie jak ból czy porażka, dąży się do ich eliminacji. Ta nieustanna pogoń za sukcesem i szczęściem prowadzi do wypalenia i utraty autentyczności. Han zauważa, że w kulturze pozytywności jednostka staje się swoim własnym wrogiem, nieustannie dążąc do doskonałości. Tymczasem potrzebujemy kontemplacji i odpoczynku: zamiast nieustannego działania, Han proponuje chwilę zatrzymania, refleksji i bycia ze sobą. To powrót do „inspirującej zmęczenia”, które pozwala na głębsze zrozumienie siebie i świata.

„Społeczeństwo zmęczenia” znalazło szerokie odbicie w kulturze współczesnej. Jego tezy są obecne w dyskusjach na temat zdrowia psychicznego, kultury pracy czy technologii. Han stał się jednym z ważniejszych myślicieli krytycznych, a jego prace są szeroko omawiane w środowiskach akademickich i medialnych.



środa, 1 października 2025

Gabor Maté, Daniel Maté "Mit normalności. Trauma, choroba i zdrowienie w toksycznej kulturze" (tłum. Piotr Cieślak)

Gábor Maté, lekarz i popularyzator koncepcji związku pomiędzy traumą a zdrowiem somatycznym, stawia prostą, a zarazem prowokacyjną tezę: wiele współczesnych chorób przewlekłych i zaburzeń psychicznych nie jest jedynie wynikiem „błędów biologicznych”, lecz konsekwencją urazów rozwojowych i toksycznych warunków społecznych. Książka jest jednocześnie manifestem medycznym, autobiograficznym świadectwem i krytyką kulturową. Maté próbuje przekroczyć podziały między medycyną, psychologią i socjologią, aby pokazać, jak styl życia i struktury społeczne kształtują zdrowie jednostek.

Struktura książki łączy studia przypadków, przegląd badań naukowych i rozważania teoretyczne. Maté zaczyna od przykładów klinicznych — opowiada o pacjentach, których dolegliwości (np. choroby autoimmunologiczne, przewlekły ból, uzależnienia) można interpretować jako reakcję na stres i wcześniejsze doświadczenia emocjonalne. Na tej podstawie twierdzi, że „normalne” w rozumieniu społecznym nie zawsze znaczy „zdrowe”. Wręcz przeciwnie — wiele zjawisk, które przyjmujemy za normalne w naszych kulturach (wysoka presja, izolacja, zaniedbanie emocjonalne dzieci), ma charakter patogenny.

Silnym elementem książki jest krytyka paradygmatu medykalizacji psychiatrii oraz systemowych ułomności współczesnej medycyny. Maté zarzuca dominującemu modelowi medycznemu, że zbyt szybko redukuje cierpienie do niewłaściwie rozumianej chemii mózgu, zamiast badać kontekst życia pacjenta. Krytyka ta nie jest antynaukowa — autor odwołuje się do badań nad wpływem przewlekłego stresu na układ immunologiczny i neurobiologię rozwoju — ale jest wyraźnie normatywna: domaga się innego, bardziej holistycznego podejścia do zdrowia.

Zaletą książki jest przystępny język i liczne praktyczne przykłady. Maté potrafi opisać skomplikowane mechanizmy (np. jak wczesny stres wpływa na regulację układu nerwowego) bez popadania w hermetyczny żargon naukowy. Dzięki temu tekst jest napisany w sposób przystępny i trafia nie tylko do specjalistów, lecz także do czytelników szukających sensownego wytłumaczenia własnych objawów czy doświadczeń emocjonalnych. W moim odczuciu jednak, natłok anegdot i osobistych historii powoduje, że łatwo zgubić granicę między empirią a interpretacją kliniczną.

Najbardziej kontrowersyjnym aspektem książki jest bezpośrednie łączenie traumy z szerokim spektrum chorób somatycznych. Maté formułuje hipotezę, że urazy rozwojowe i chroniczny stres modyfikują ekspresję genów, działanie układu immunologicznego i funkcjonowanie osi HPA (hypothalamic–pituitary–adrenal), co może przyczyniać się do powstawania chorób przewlekłych. Dla części czytelników, w tym naukowców, takie uogólnienia będą pociągające i inspirujące; inni wskażą na potrzebę bardziej selektywnego i ostrożnego użycia danych empirycznych, by nie mylić korelacji z przyczynowością.

Maté nie zatrzymuje się na diagnozie; dużo miejsca poświęca także temu, co nazywa „uzdrowieniem” — czyli praktykom terapeutycznym, zmianom kulturowym i społecznym, które mogłyby zmniejszyć skalę problemu. Proponuje model „trauma-conscious society”, w którym opieka zdrowotna, system edukacji i prawo biorą pod uwagę wpływ wczesnych doświadczeń oraz społecznych uwarunkowań. To wezwanie do empatii i reform — ambitne, ale nie zawsze konkretne w zakresie politycznych i systemowych rozwiązań.

Sądzę, że nawet osoby sympatyzujące z ideą integracji zdrowia psychicznego i fizycznego, zwrócą uwagę, że Maté ma skłonność do zbyt szerokich uogólnień i czasami pomija alternatywne wyjaśnienia chorób. Niemniej jego książka jest cenna jako katalizator dyskusji nad rolą społecznych determinant zdrowia i tym, co naprawdę uważamy za „normalne”.


 

poniedziałek, 29 września 2025

Martha Nussbaum „Nie dla zysku. Dlaczego demokracja potrzebuje humanistów” (tłum. Łukasz Pawłowski)

Martha Nussbaum stawia tezę, że demokracja znajduje się w stanie kryzysu edukacyjnego. Polega on na tym, iż systemy edukacyjne na całym świecie, w społeczeństwach demokratycznych, coraz bardziej przesuwają swój środek ciężkości w kierunku umiejętności technicznych i zawodowych, użytkowych, kosztem humanistyki, sztuki, literatury, krytycznego myślenia, empatii.

Niebezpieczeństwo takiego nastawienia polega na tym, że o ile ważne są zdolności techniczne i naukowe, o tyle są one niewystarczające, jeżeli celem edukacji ma być nie tylko przygotowanie do pracy i generowania zysku, ale przygotowanie pełnoprawnych obywateli, zdolnych do uczestnictwa w życiu demokratycznym, do krytycznej oceny tradycji, do empatii wobec innych ludzi, i do działania w interesie wspólnym.

Nussbaum rozkłada swój argument w kilku liniach. Po pierwsze, diagnozuje kryzys. Opisuje, jak kursy humanistyczne i artystyczne są stopniowo eliminowane lub marginalizowane na wszystkich poziomach edukacji. Chodzi nie tylko o cięcia budżetowe, ale przesunięcie priorytetów — edukacja ma służyć ekonomii, a nie obywatelstwu.

Po drugie, wskazuje zasadnicze cele edukacji demokratycznej, podkreślając, że edukacja w humanistyce rozwija specyficzne zdolności: krytyczne myślenie, zdolność do dialogu, wyobraźnię narracyjną, empatię, tolerancję, szacunek dla różnic — cechy niezbędne dla obywateli świadomych swoich praw i obowiązków, a także dla zdolności spojrzenia poza własną społeczność i własne przekonania. 

Po trzecie, przedstawia argumentację przeciwników humanistyki (argument ekonomiczny vs demokratyczny). Humanistyka bywa traktowana jako „zbędny dodatek”, luksus i zbytek, który należy odrzucić w imię tego, co praktyczne i dochodowe. Nussbaum wskazuje jednak, że taki wybór może okazać się krótkowzroczny: społeczeństwo skoncentrowane na użyteczności – o ile technicznie sprawne – może tracić zdolność do krytyki, refleksji moralnej.

W czwartym rzędzie autorka sięga do przykładów historycznych i międzynarodowych, głównie doświadczeń Stanów Zjednoczonych oraz Indii, w tym do reform edukacyjnych, do tradycji myślicieli takich, jak Dewey czy Tagore; pokazuje jak w różnych kontekstach humanistyka była i jest zagrożona, jakie mają miejsce zmiany w polityce edukacyjnej i jakie są ich potencjalne konsekwencje.

Po piąte, omawia emocje moralne właściwe dla rozwoju charakteru obywatelskiego. Szczególnie akcentuje rolę emocji moralnych w kształtowaniu postaw obywatela państwa demokratycznego. Kładzie nacisk na to, że edukacja humanistyczna pomaga rozwijać zdolność widzenia drugiego człowieka jako osoby – nie tylko jako środka do celu, czy funkcji do wykonania.

Ostatnim aspektem, zwieńczającym całość rozważań i swoistym manifestem, jest wezwanie do aktywnej obrony humanistyki: do zmian politycznych, społecznych, edukacyjnych. Nussbaum wykazuje, że możliwe są konkretne działania, że istnieje nadzieja, jeśli tylko podniesie się świadomość społeczna.

Mocnymi stronami książki jest jasność i siła argumentów, klarowność przykładów, analogii historycznych i porównań międzynarodowych. Zaletą jest zasięg globalny analizy (USA, Indie, Europia), która pozwala na lepsze zrozumienie, że problem humanistyki nie ma charakteru lokalnego ani marginalnego.

Bezcenna jest wrażliwość etyczna: Nussbaum zwraca uwagę na wartość ludzkiej jednostki, której nie wolno sprowadzać do użyteczności ekonomicznej. Niestety takie spojrzenie często bywa gubione w debatach edukacyjnych, które skupiają się na "zwrocie z inwestycji", konkurencyjności, współczynnikach zatrudnienia, z pominięciem perspektywy moralnej i obywatelskiej.

Niewątpliwą zaletą jest także wezwanie do refleksji decydentów politycznych (a nie tylko akademików czy humanistów) - czyli tych, którzy decydują o finansowaniu edukacji, o priorytetach narodowych, a zatem mają realny wpływ na kondycję demokracji.

Jako zarzut podnoszona bywa kwestia braku empirii w pewnych kwestiach. No cóż – książka jest manifestem, argumentem filozoficzno-etycznym i kulturowym, a nie badaniem ilościowym. I jako taka mi się szalenie podoba - przekonują mnie przykłady, studia przypadków, historia myśli i jakoś nie cierpię z powodu braku danych statystycznych.

Poważniejszym zarzutem jest natomiast pewna idealizacja humanistyki. Tymczasem nie jest to panaceum: empatia, wyobraźnia narracyjna, moralność – wszystko to ma wielką wartość, ale sztuki wyzwolone same w sobie mogą okazać się instytucjonalnie uprzywilejowane, elitarne, a treści humanistyczne nie gwarantują demokratycznych postaw. Empatia — choć ważna — może być selektywna, a tradycja, wspólnota, tożsamość lokalna także mają znaczenie, podczas gdy ekskluzywne odrzucenie pewnych kultur czy tradycji może osłabiać spójność społeczną.

Nussbaum często stawia też w opozycji ekonomię względem humanistyki/demokracji, co oczywiście jest wygodne pod względem retorycznym, ale może być zbytnim uproszczeniem w pewnych kontekstach. W praktyce często konieczne jest łączenie praktycznych umiejętności z humanistycznym wychowaniem, a decyzje edukacyjne bywają kompromisami. W praktyce trzeba jakoś pogodzić potrzeby gospodarki i potrzeby demokracji, zwłaszcza w systemach o ograniczonych zasobach.

To prowadzi do kolejnego zarzutu, dotyczącego różnic między krajami / kulturami. Doświadczenia USA czy Indii nie są automatycznie przenoszalne do innych kontekstów (np. kraje o innej tradycji edukacyjnej, innych uwarunkowaniach politycznych czy kulturowych). Kontekst lokalny, finansowanie edukacji, struktura szkolnictwa, kultura obywatelska — to wszystko wpływa na to, na ile humanistyka może być traktowana jako priorytet.

Niewątpliwie książka ta stanowi mocne ostrzeżenie przed ryzykiem, jakie niesie za sobą redukcjonizm edukacyjny nastawiony tylko na użyteczność ekonomiczną. W tym duchu może inspirować reformy edukacyjne, politykę publiczną, dyskusję społeczną, zwłaszcza w czasach, gdy globalizacja, konkurencja gospodarcza i neoliberalne podejście do edukacji, domagają się coraz wyraźniejszych priorytetów.


 "Słowo dusza ma dla wielu ludzi konotacje religijne [...]. Moim zdaniem konieczne jest jednak rozumienie tego pojęcia tak, jak rozumieli je Tagore i Alcott: jako zdolność myślenia i pobudzenia wyobraźni, która czyni z nas ludzi, a naszym relacjom z innymi dodaje głębi, zamiast sprowadzać je wyłącznie do relacji opartych wyłącznie na wzajemnym wykorzystywaniu i manipulacji. Jeśli w społeczeństwie nie potrafimy postrzegać się nawzajem w ten sposób, tzn. uwzględniając nasze zdolności myślenia i odczuwania, demokracja skazana jest na porażkę. Opiera się ona bowiem na szacunku i trosce, a te z kolei na zdolności dostrzegania w innych osobach istot ludzkich [...]."
"Te umiejętności są ściśle związane z dyscyplinami humanistycznymi i artystycznymi: zdolność do krytycznego myślenia i wykroczenia poza więzy lokalne i spojrzenia na globalne problemy z perspektywy obywatela świata, wreszcie zdolność do współczucia i zrozumienia trudnej sytuacji drugiej osoby.
Każda nowoczesna demokracja to także społeczeństwo złożone z ludzi zróżnicowanych pod wieloma względami, w tym pod względem religii, pochodzenia, majątku i klasy, stopnia sprawności fizycznej, płci kulturowej i seksualności, a każda z tych osób jako wyborca podejmuje decyzje mające poważny wpływ na życie innych - różnych od niego - ludzi. [...] Bez wsparcia ze strony odpowiednio wykształconych obywateli żadna demokracja nie może zachować stabilności."

sobota, 27 września 2025

Shehan Karunatilaka "Siedem księżyców Maalego Almeidy" (tłum. Mariusz Gądek)

Wspaniała powieść (nagrodzona zresztą Book Prize), której autor snuje historię pełną magii, brutalności, polityki i duchów. Akcja dzieje się w Sri Lance, w latach 80.–90. XX wieku, w kontekście konfliktów etnicznych, wojny domowej, działalności różnych frakcji i represji państwowej. Narracja zaczyna się od śmierci głównego bohatera, Maali Almeida, fotografa wojennego. Po śmierci Maali budzi się gdzieś między życiem a śmiercią i dowiaduje się, że ma tytułowe "siedem księżyców" (nocy), by pozostać wśród żywych duchów i uporządkować kwestie, których nie zdążył załatwić za życia.

Powieść łączy elementy: thrillera kryminalnego (Maali próbuje odkryć, kto go zabił, dlaczego, jakie były motywy i kto przyczynił się do jego śmierci); magicznego realizmu / fantastyki (światy duchów, demonów, istot mitologicznych, podróże ducha, przejścia między życiem i śmiercią) i satyry politycznej (krytyka korupcji, przemocy państwowej, obojętności społecznej, manipulacji, konfliktów etnicznych i ich skutków dla zwykłych ludzi).

Narracja prowadzona jest w drugiej osobie, co daje efekt dystansu, ale też uczestnictwa. Maali często nie pamięta, jak zginął, musi rekonstruować swoją historię, łączyć wydarzenia z fotografii, wspomnień, opowieści innych duchów.

Powieść obfituje w motywy i symbole, które wzmacniają warstwę metaforyczną i filozoficzną. Na przykład fotografia / aparat Nikon — symbolizuje tożsamość Maali, jego rolę świadka, medium dokumentacji prawdy o przemocy (fotografie stają się dowodem, który może obnażyć zbrodnie i zmusić do pamięci). Mara tree, to  z kolei symbol związany z cyklem życia i śmierci, pożądania, duchowości; Maali medytuje przy drzewie Mara, usiłując usłyszeć imię swoje na wietrze, ale drzewo również trzyma go przy życiu — i w oczekiwaniu, przywiązaniu do żywych. Z kolei motyw pamięci / zapomnienia, wydaje się tematem kluczowym: Maali obawia się, że jego fotografia i świadectwa przeminą, że ludzie zapomną. Duchy i świat "in-between" pełne są dusz, które stały się ofiarami przemocy, ale których losy często są niewidoczne, zapomniane. 

Jeszcze inny motyw to tożsamość i seksualność — Maali jest homoseksualny; ten aspekt jego życia stawia go wobec społecznych tabu, ukrywania, niebezpieczeństw. Jego orientacja przynosi dramatyczny zwrot w fabule, gdy motyw zabójstwa może w istocie wiązać się z jego życiem prywatnym, z konfliktami, którą stwarza jego bycie sobą. Na poziomie meta jest wreszcie wątek władzy, przemocy i etiologia konfliktu — wojna domowa, wpływy zewnętrzne, brutalność aparatu państwowego i różnych ugrupowań zbrojnych. Książka krytykuje wspólną odpowiedzialność, ukazuje, jak granice pomiędzy opresorem a ofiarą bywają zacierane, jak skomplikowane są motywacje aktorów konfliktu.

Shehan Karunatilaka używa niestandardowej narracji drugoosobowej, co budzi efekt osamotnienia, alienacji, a jednocześnie zaangażowania — czytelnik niejako staje się uczestnikiem, odbiorcą wyznania, procesu pamiętania. Powieść jest przepełniona czarnym humorem, absurdem, scenami groteski — choć tematy są ciężkie, brutalne, autor nie unika ironii, surrealnych obrazów świata duchów i żywych. Ta kombinacja sprawia, że książka balansuje między okrucieństwem a katharsis. Wreszcie mieszania czasu — retrospekcje, wspomnienia, fragmenty życia Maali, miks realnych wydarzeń z fantastycznymi elementami — momentami są dezorientujące, ale też skuteczne w budowaniu atmosfery; pamięć jest tym samym przedstawiona jako coś niestabilnego, przeskakującego, niedoskonałego.

Do najmocniejszych stron powieści zaliczyłabym ambicje narracyjne Karunatilaki, który podejmuje się sporego przedsięwzięcia: połączenia historii politycznej Sri Lanki, konfliktu, przemocy, z elementami duchowości i fantastyki. Wszystko to dla przypomnienia, że opresja nie kończy się wraz ze śmiercią, że prawda, pamięć, zdjęcia mogą być formą oporu.

Interesująca jest p;ostać samego Maali Almeidy — z jednej strony jest on mocno niedoskonały (hazard, seksualność, tajemnice, konflikty osobiste); z drugiej — głęboko ludzki, dążący do sprawiedliwości, do tego, by jego praca nie zniknęła w zapomnieniu. To bohater, który łączy wewnętrzny dramat i publiczną misję.

Styl powieści jest niezwykle barwny, a bogactwo obrazów, zdolność do przechodzenia od horroru wojny do surrealizmu zaświatów, od groteski do refleksji, sprawia, że choć nie jest to książka łatwa, to jednak bardzo satysfakcjonująca.

Choć historia osadzona jest w Sri Lance, porusza uniwersalne pytania: co to znaczy być świadkiem, jaki jest koszt mówienia prawdy, jak pamięć zbiorowa i indywidualna współistnieją z polityką zapomnienia, jakie są granice wolności osobistej.

Do słabości tej powieści zaliczyłabym może nieco zbytnią obfitość szczegółów i złożoność fabuły (mnogość nazw, frakcji, postaci, terminów lokalnych, mitologii), zawiłości polityczne, mieszanie realnego i fantastycznego, czasem gwałtowne przeskoki mogą utrudniać śledzenie fabuły. Do tego obfitość terminologii lokalnej (sinhalijskiej, tamilskiej), mitologii, wierzeń, nazwownictwa kulinarnego, religii wzbogacają świat przedstawiony, ale utrudniają odbiór, zwłaszcza jeśli czytelnik nie jest przyzwyczajony do tego typu tekstów.

Powieść nie jest tylko dramatem śledczym czy powieścią fantastyczną — jest manifestem pamięci i oporu. Równie istotne są refleksje nad tożsamością: Maali, będąc mieszanej oryginalnie społecznie (ojciec Sinhalese, matka burgher), będąc gejem w konserwatywnym społeczeństwie, swego rodzaju outsiderem, łączy świadka, artystę, człowieka, który posiada moralny obowiązek, ale też wewnętrzne słabości.

Podsumowując, jest to książka ambitna, trudna, często bolesna — ale również piękna, refleksyjna, oryginalna. Tekst, który nie daje prostych odpowiedzi, ale stawia ważne pytania: Co to znaczy być świadkiem? Kto ma prawo opowiadać, kto decyduje o tym, co zostaje zapamiętane? Jak bardzo życie prywatne przenika życie publiczne w czasach wojny? Świetna rzecz jeśli jesteście zainteresowani literaturą postkolonialną, konfliktami, pamięcią, duchowością.




czwartek, 25 września 2025

Barbara Kingsolver „Demon Copperhead” (tłum. Kaja Gucio)

 

„Demon Copperhead” to duchowy spadkobierca „Davida Copperfielda” – struktura i losy bohatera nawiązują do klasyki Dickensa, ale Kingsolver tworzy opowieść zakorzenioną w zupełnie innym kontekście. Autorka w nowoczesny sposób reinterpretuję klasyczną strukturę powieści dojrzewania, czerpiąc inspirację z Dickensa, przenosząc jednak akcję do końca XX wieku, do ubogich, wiejskich Appalachów.

Głównym bohaterem jest chłopiec, Demon, który sam o sobie mówi Demon Copperhead. Urodził się w skrajnej biedzie, wychowuje się w warunkach zaniedbania, często w instytucjach opiekuńczych. Jego matka – nastolatka – zmaga się z uzależnieniem, a Demon musi szybko dorosnąć. Przez kolejne etapy życia doświadcza wielu dramatów – przenosin, nierówności, konieczności walki o przetrwanie, interakcji z systemem opieki społecznej, relacji miłosnych, które często przynoszą zarówno wsparcie, jak i zgubę. Istotną częścią jego losu staje się uzależnienie – zarówno własne, jak i wśród ludzi, których zna i kocha. Swoją narrację snuje z silnym, lecz gorzkim poczuciem humoru, świadomością własnych ograniczeń, ale i z pragnieniem godności, zrozumienia i miłości.

Powieść jest wielowarstwowa, zahacza o wiele tematów społecznych, psychologicznych i moralnych. Najważniejszym z nich jest motyw biedy, ubóstwa i systemowego zaniedbania, społecznej marginalizacji, braku perspektyw, instytucji które zawiodły. Bieda napędza inne tragedie – uzależnienie, brak wsparcia, nierówności. 

Drugim filarem opowieści jest kwestia nałogów. Poza uzależnieniem matki Demona, on sam wpada w nałóg opioidowy z powodu doznanego urazu. Z uzależnieniem zmaga się też jego dziewczyna. Kingsolver nie idealizuje, ale też nie moralizuje – pokazuje, że uzależnienie często jest reakcją na ból, desperację, brak alternatyw.

Ważnym motywem jest także poszukiwanie własnej tożsamości, przynależności i narracja własnego życia. Rekonstruowanie swojej historii, reinterpretacja stereotypów – zarówno tych narzucanych z zewnątrz, jak i tych, które nosimy w sobie.

Ważkim aspektem pozostaje jednak także problem relacji międzyludzkich, znaczenie wspólnoty, opieki, poczucie wsparcia. Dla Demona, w zmaganiach z samotnością i traumą, takim wsparciem okazują się nauczyciele, przyjaciele, ludzie spoza najbliższej rodziny. Dzięki nim zyskuje odpryski poczucia bezpieczeństwa.

Kingsolver pokazuje też, jak różne instytucje – przemysł, farmaceutyki, system opieki społecznej i domów opiekuńczych – przyczyniają się do pogłębiania cierpienia. Ludzie są traktowani jako zasoby, a przedsiębiorstwa czerpią zyski kosztem lokalnych społeczności. Co ciekawe, mimo że książka bywa przejmująco smutna, skrywa wiarę w to, że człowiek może mieć wpływ – choć często ograniczony – na własne życie. Demon, dzięki talentowi, humorowi, podporze kilku osób, uczy się walczyć – o godność, możliwość wyrażenia siebie, wolność od uzależnień. Sam o sobie mówie z dużą dawką cynizmu, ironii, a jego język - zasadniczo surowy - jest bardzo żywy. Czuć wyraźnie jego frustrację, energię, pragnienie bycia zauważonym.

Struktura powieści przypomina klasyczne bildungsroman (powieść dojrzewania), ale zawiera wiele zaskakujących zmian wynikających z kontekstu społecznego – nie ma tu prostych ścieżek rozwoju; mieszają się traumatyczne wydarzenia, regresje, błędy własne i cudze. Świetnie wspłgra z tym tło, jaki stanowi krajobraz Appalachów: realistyczny i miejscami bardzo surowy. Autorka unika idealizacji, ale też nie ucieka w czarny pesymizm. Są momenty piękna – przyroda, relacje, poczucie przynależności, humor – które kontrastują z cierpieniem.

Zachwyca styl pisarski Kingsolver: bogaty w opisy, metafory, dialogi – wszystko podporządkowane budowie świata bohatera, jego percepcji. Język często wykorzystuje lokalne realia, slang, i jednocześnie świadomość literacką (np. przywołania Dickensowskie). Dzięki temu książka budzi silne emocje: pokazuje bohatera, którego los mógłby być losem wielu, a jednak zwykle jest marginalizowany. Troska o detale, pozwala dobitnie pokazać, jak działają mechanizmy społeczne. Ta historia staje się nie tylko opowieścią jednostki, ale też komentarzem społecznym, obejmującym wszystkie aktualne problemy: kryzys opioidowy, marginalizacja obszarów wiejskich, nierówności ekonomiczne, rola systemu edukacji i opieki społecznej – to tematy bardzo współczesne, a rzadko opowiadane literacko.

Osobno warto poświęcić słów parę nawiązaniom do Dickensa - Kingsolver nie kopiuje go, ale korzysta z jego wzorców, by pokazać, że pewne typy historii (bieda, walka, dojrzewanie) mają ciągle sens, nawet jeśli przeniesiemy je w inne miejsce i czas. Obie książki to powieści dojrzewania, gdzie narrator w pierwszej osobie opowiada o swoim dzieciństwie, młodości i wchodzeniu w dorosłość. Zarówno David, jak i Demon relacjonują swoje życie z perspektywy lat, ukazując traumatyczne dzieciństwo, miłości, straty i rozwój charakteru. W obu pojawia się motyw sieroctwa i braku stabilnej rodziny oraz wątek społeczny i krytyka instytucji: Dickens obnaża nieludzkie warunki w sierocińcach, wyzysk dzieci i hipokryzję klas wyższych, podcza gdy Kingsolver uderza w system opieki społecznej, farmaceutyki (kryzys opioidowy) i biedę Appalachów. Oba dzieła mają wymiar moralny i społeczny – pokazują ofiary zaniedbań systemowych. W obu powieściach występuje postać narratora o wyrazistym głosie. Jednak David jest pełen refleksji, melancholii, wrażliwości, a Demon – ostry, ironiczny, miejscami brutalny w słowach, choć równie szczery. Oba głosy budują więź z czytelnikiem i sprawiają, że historia nie jest jedynie raportem, lecz opowieścią przeżywaną od środka. Wreszcie w obu powieściach pojawiają się relacje uczuciowe – zarówno te pierwsze, naiwne, jak i późniejsze, bardziej dojrzałe. I w obu przypadkach część związków kończy się tragicznie, będąc elementem edukacji emocjonalnej bohatera.

Konteksty historyczne i geograficzne są jednak radykalnie odmienne. U Dickensa na pierwszym planie mamy pracę dzieci, edukację, nieludzkość instytucji i różnice klasowe, a u Kingsolver – ubóstwo strukturalne, uzależnienie, brak dostępu do opieki zdrowotnej, wyzysk przemysłu farmaceutycznego i węglowego. Demon i jego środowisko przegrywają nie z brutalnym fabrykantem, lecz z bezosobowymi korporacjami i systemem, który traktuje ludzi jak zasoby.

Dickens posługuje się innym językiem: eleganckim, pełnym ironii, ale w duchu epoki wiktoriańskiej, z rozbudowanymi opisami. Kingsolver używa głosu współczesnego, nasyconego slangiem, humorem, czasem wulgarnego, surowego. Jest on bardziej autentyczny dla współczesnego czytelnika, szczególnie młodszego. Różne są też ścieżki obu bohaterów: David Copperfield, mimo trudności, odnajduje miejsce w społeczeństwie, sukces zawodowy, stabilność rodzinną – jego historia ma wydźwięk optymistyczny. Demon natomiast walczy z uzależnieniem, stratami, brakiem perspektyw – jego życie nie daje łatwego happy endu. To historia bardziej realistyczna i gorzka. Powieść Dickensa, to typowa moralna powieść wiktoriańska, która miała obudzić współczucie klas średnich dla biedoty i wpłynąć na debatę społeczną. Książka Kingsolver to powieść współczesna, komentująca kryzysy Ameryki XXI wieku. Jej celem jest oddanie głosu tym, których mainstreamowe narracje pomijają: społeczności wiejskie, osoby dotknięte uzależnieniem, biedą, systemem opieki – to często nadal bohaterowie drugiego planu lub statyści w narracjach mainstreamu. W „Demonie Copperheadzie” stają w centrum uwagi. To nie jest utylitaryzacja cierpienia dla efektu – Kingsolver stara się pokazać, że te problemy mają ludzkie twarze, że jest w nich godność, również opór, kultura, miłość.


 

wtorek, 23 września 2025

Murray N. Rothbard "Egalitaryzm jako bunt przeciw ludzkiej naturze" (tłum. Krzysztof Węgrzecki)

Murray N. Rothbard (1926–1995) jest postacią kluczową dla współczesnego libertarianizmu — ekonomistą, historykiem i publicystą, którego eseje w znacznym stopniu ukształtowały nurt wolnorynkowy. "Egalitaryzm..." ukazał się po raz pierwszy w 1974 roku, a zebrane w nim teksty traktują o podstawowych założeniach ideologii równościowej i o konsekwencjach, jakie ich realizacja pociągać ma dla wolności indywidualnej i porządku społecznego.

Główny esej — od którego pochodzi tytuł — jest ostrą polemiką z egalitaryzmem jako intelektualnym i politycznym projektem. Rothbard argumentuje, że dążenie do równości w sensie substancjalnym (nie tylko prawnym) to „bunt przeciw naturze”: próba przekształcenia ontologicznej struktury rzeczywistości i narzucenia jednorodnego ideału, który ignoruje różnice indywidualne, talenty, preferencje i historyczne uwarunkowania. Dla Rothbarda takie dążenie nie prowadzi do rzeczywistego sprawiedliwego porządku, lecz do wzrostu roli państwa — mechanizmu przymusu i przerośniętej biurokracji, która ma wymusić równość, zamiast ją „zapewnić”. Esej jest więc zarazem filozoficznym wykładem, jak i polityczną diagnozą skutków egalitarnego aktywizmu.

Rothbard łączy erudycyjną argumentację ekonomiczną z prowokacyjną retoryką. Eseje bywają gęsto udokumentowane, odwołują się do historii myśli politycznej, ekonomii i sporów publicznych, lecz jednocześnie ich ton jest polemiczny — autor nie kryje sceptycyzmu wobec liberalno-lewicowych przesłanek. Dla czytelnika oczekującego wyważonej, akademickiej analizy będzie to zarówno zaleta (jasne, tnące i logiczne riposty), jak i wada (miejscami brak subtelności wobec oponentów).

Siła argumentu Rothbarda leży w konsekwentnym połączeniu teoretycznej krytyki egalitaryzmu z praktycznymi przykładami: redystrybucji dóbr, regulacji rynku, polityki społecznej czy feminizmu — wszędzie dostrzega on ryzyko instrumentalizacji państwa i ograniczenia autonomii jednostki. Warto zauważyć, że autor nie poddaje w wątpliwość znaczenia równości wobec prawa; jego spór dotyczy raczej ambicji równania wyników i mechanizmów przymusu potrzebnych do ich osiągnięcia.

Publikacja spotkała się z mieszanymi ocenami. Zwolennicy wolnego rynku docenili klarowność i odwagę argumentów; krytycy — w tym szczególnie intelektualiści z centrolewicy i lewicy — zarzucali Rothbardowi uproszczenia, nadmierny determinizm oraz brak empatii wobec historycznych i strukturalnych nierówności. Noam Chomsky i inni krytycy podkreślali problemy praktyczne i etyczne proponowanego przez libertarianizm modelu społecznego; jednocześnie recenzje w pismach libertariańskich chętnie eksponowały użyteczność eseju jako narzędzia intelektualnej kontry.

Zachwycą się tą książką osoby zainteresowane klasyczną i radykalną krytyką egalitaryzmu, sympatycy szkoły austriackiej i ruchów libertariańskich oraz ci, którzy cenią surową, polemiczną prozę intelektualną. Czytelnicy oczekujący neutralnego przeglądu badań empirycznych o nierównościach społecznych będą rozczarowani — Rothbard stawia przede wszystkim diagnozę ideologiczną i normatywną, mniej zaś angażuje się w nowoczesne empiryczne analizowanie przyczyn i skutków nierówności - co mnie osobiście niezwykle irytowało.

Niewątpliwie jest to tekst prowokujący — czasami błyskotliwy, czasami nadmiernie konfrontacyjny — który może o tyle zasługuje na lekturę, że stanowi przykład konsekwentnej obrony wolności indywidualnej przed ambicjami państwowego inżynieringu społecznego. Nawet jeśli nie zgadzamy się z każdą tezą Rothbarda, jego eseje zmuszają do postawienia istotnych pytań: czym jest równość, jaka powinna być rola państwa i jakie są granice społecznych eksperymentów. Książka jest więc ważnym głosem w debacie o relacji wolności i równości.

A oto wybrane eseje z tomu oraz skrótowo ich tezy:

Tytułowy "Egalitaryzm..." - Rothbard twierdzi, że egalitaryzm (rozumiany jako dążenie do równości wyników lub statusu, nie tylko formalnej równości prawnej) jest projektem, który buntuje się przeciw naturze: ludzie różnią się biologicznie, psychologicznie, w zdolnościach, talentach, preferencjach i kontekstach historycznych. Próba wymuszenia równości w sensie pełnym prowadzi do użycia przymusu państwowego, biurokracji, ograniczenia wolności i zniszczenia indywidualnej różnorodności.

"Anatomia państwa" - Rothbard analizuje państwo jako instytucję przemocową („predatory institution”), która działa w sposób opresyjny – nie służy ogółowi, lecz korzysta z monopolu na przymus i eksploatuje obywateli. Pokazuje jak państwo rozszerza swoją władzę, reguluje życie społeczne i gospodarczą wbrew interesom jednostek.

„Wolność, nierówność, prymitywizm i podział pracy" - esej ten broni podziału pracy jako naturalnej konsekwencji różnic między ludźmi — różnic w zdolnościach, predyspozycjach i środowisku. Rothbard krytykuje romantyczne idealizowanie przeszłości lub tzw. „prymitywizmu”, który zdaniem niektórych krytyków wolnego rynku, miałoby być lepsze niż społeczeństwo z podziałem pracy. Uważa takie idealizowanie za błędne i szkodliwe.

„Wielkie wyzwolenie kobiet.." - Rothbard odnosi się do ruchu wyzwolenia kobiet, krytykując pewne jego aspekty — np. argumenty ideologiczne albo roszczeniowe — z perspektywy libertariańskiej. Twierdzi, że niektóre postulaty ruchu feministycznego opierają się na błędnym rozumieniu natury ludzkiej, roli płci czy wolności jednostki. (Trzeba zauważyć, że krytyka ta jest kontrowersyjna, szczególnie dziś.)

„Na lewo i prawo..." - Rothbard rozróżnia lewicę i prawicę, argumentując m.in., że lewica, choć krytykuje status quo, często dąży do takich samych przymusowych rozwiązań jak prawica — choć w innym tle; za to libertarianizm, zdaniem Rothbarda, powinien być krytyką obu i alternatywą. Esej bada ile „libertariańskości” jest w prawicy i lewicy i jakie są realne perspektywy dla wolności w polityce.

W dyskusjach z autorem pojawiały się następujące zarzuty:

Zarzut budowania „słomianego przeciwnika” („straw man”) - Krytycy wskazują, że Rothbard często przedstawia egalitaryzm w bardzo uproszczonej formie — jako dążenie do absolutnej równości wyników, ignorując niuanse, jakie istnieją w teoriach egalitaryzmu (np. równość możliwości, równość przed prawem vs. równość materialna). Wskazują, że istnieją egalitaryści, którzy nie wymagają „identyczności we wszystkich cechach”, tylko np. sprawiedliwego dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej czy możliwości rozwoju. Rothbard krytykuje raczej ekstremalne wersje egalitaryzmu, ale część krytyków uważa, że nie angażuje się z tymi umiarkowanymi tezami, co osłabia siłę argumentacji.

Praktyka vs. ideały - Rothbard twierdzi, że ideały egalitaryzmu, faktycznie wdrażane, prowadzą do przymusu i są niemożliwe do realizacji. Krytycy zauważają, że argument, iż coś jest „niemożliwe w praktyce”, nie wystarcza, by odrzucać normatywną wartość tego ideału. Ponadto, wiele egalitarnych reform (np. redystrybucja podatkowa, programy socjalne) działa w praktyce, choć może nie spełniać idealnych standardów Rothbarda. Istnieje więc zarzut, że autor zbyt łatwo odrzuca ideały, które są trudne, ale mogą być moralnie zasadne.

Naturalistyczne i biologiczne odwołania — problem etyczny: Jeden z zarzutów dotyczy częstego powoływania się na „naturę człowieka” i różnice biologiczne jako podstawę moralnej i politycznej argumentacji. Może to prowadzić do deterministycznych lub esencjalistycznych przesądów: że różnice biologiczne automatycznie usprawiedliwiają nierówność statusu czy rezultatów. To budzi zarzuty, że Rothbard miesza „to, co jest” z „tym, co powinno być”, co jest klasycznym problemem w filozofii politycznej i etyce. Naturalne różnice nie oznaczają wszak, że nierówności społeczne są sprawiedliwe albo że państwo nie powinno korekty tych różnic w pewnych warunkach.

Pomijanie kwestii historycznych, strukturalnych i społecznych nierówności - autor nie docenia wpływu nierówności zasadniczych: dziedzictwa kolonializmu, rasizmu, patriarchatu, dostępu do zasobów, kapitału społecznego, edukacji itp. Tymczasem ignorowanie tych uwarunkowań sprawia, że wiele nierówności, które Rothbard uznaje za naturalne czy nieuniknione, są w praktyce wynikiem działania strukturalnych barier, które można uznać za niesprawiedliwe. W ten sposób egalitaryzm (w wersjach mniej radykalnych) może pełnić rolę przeciwwagi dla tych historycznych niesprawiedliwości.

Uogólnianie i brak stopnia w formułowaniu równości - w teoriach równości istnieje duża różnica między „równością wyników” a „równością szans”, „równością wobec prawa”, czy między tym, co może zostać uznane za sprawiedliwą nierówność a tym, co wymaga korekty. Rothbard często między tymi poziomami nie rozróżnia w wystarczający sposób albo odmawia użyteczności równości wyników w pewnych reżimach (np. w opiece społecznej) bez argumentacji, że pewne nierówności są moralnie lub społecznie szkodliwe.

Etos polityczno-moralny vs. skutki społeczne - nawet jeśli idea egalitaryzmu wymaga pewnych kosztów, ograniczeń czy przymusu, może być uzasadniony moralnie, jeśli przynosi wymierne korzyści (np. zmniejszenie biedy, zwiększenie równości szans, poprawę zdrowia publicznego). Tymczasem Rothbard nie badał w sposób wystarczający empirycznie skutków egalitarnych polityk — jakie korzyści one przynoszą, a jakie koszty. To prowadzi do zarzutu, że Rothbard operuje bardziej na poziomie abstrakcyjnym i normatywnym niż realistycznie pragmatycznym.

Sprawa wolności jednostki i zakresów egalitaryzmu - Jedna z kluczowych kwestii: na ile wolność jednostki (np. wolność wyboru, własność, wolność działania) powinna być ograniczana w imię egalitaryzmu? Krytycy często zgadzają się, że przymus w imię równości może być problematyczny, ale pytają: czy zawsze? I jeśli nie, to gdzie powinna być granica? Rothbard raczej stawia tę granicę bardzo nisko — preferuje silne ograniczenie państwa i interwencji — co wielu uważa za zbyt radykalne dla realiów politycznych i społecznych.

Teoria własności, prawo do samego siebie („self-ownership”) i jego uzasadnienie - wątpliwości budzą założenia Rothbarda dotyczące własności siebie oraz homesteading (pierwszego zasiedlenia) jako fundamentów sprawiedliwości. Niektóre argumenty Rothbarda (np. reductio ad absurdum czy performatywna sprzeczność) nie są aż tak przekonujące, jak mogłoby się z pozoru wydawać: niektóre alternatywy są możliwe do wyobrażenia i nawet stosowane. Ponadto definicja „podmiotu moralnego” używana przez Rothbarda może być zbyt wąska lub ignorować pewne grupy (np. dzieci, osoby z niepełnosprawnościami).

Podsumowując: wartość intelektualna tekstu Rothbarda, niezależnie od tego, czy ktoś się zgadza z jego wnioskami, czy nie, ceniona jest za jasność stylu, za konsekwencję oraz za to, że zmuszaj do myślenia nad granicami wolności i rolą państwa. Rothbard potrafi dobrze stawiać pytania, nawet jeśli nie zawsze przekonująco argumentuje swoje poglądy.

Autor ma tendencję do bardzo silnego trzymania się kilku fundamentalnych aksjomatów: self-ownership, homesteading, minimalizm państwowy, przekonanie, iż przemoc państwa jest zasadniczo zła. Rzeczywistość polityczna, społeczna i historyczna jest bardziej złożona i często wymaga kompromisów, których Rothbard nie uwzględnia. 

Egalitaryzm w różnych wersjach może być traktowany jako ideał moralny, który mobilizuje do zmniejszania nierówności, poprawy warunków słabszych, budowy sprawiedliwszych społeczeństw. Ideały te mają sens i są ważne — argument, że ideał egalitaryzmu jest „buntem przeciw naturze”, uważam za grubą przesadę, ponieważ natura ludzka i społeczeństwo także kształtowane są przez wartości, normy, kulturę, instytucje. Różnice biologiczne to jedno, ale nie wynika z tego, że wszelkie nierówności są usprawiedliwione czy akceptowalne.