środa, 21 grudnia 2022

Jean Delumeau "Strach w kulturze Zachodu XIV-XVIII w."


Wspaniała rzecz - raczej praca naukowa niż zwyczajna non-fiction, ale traktuje o zagadnieniach na wskroś istotnych aż po dziś dzień. Strach przed czarownicami, przed kobiecością, podjudzanie motłochu przez Kościół, źródła antysemityzmu, szaleństwa pandemii - właściwie każdy jeden rozdział tłumaczy znakomicie nasze dzisiejsze lęki, absurdy postępowania, mechanizmy zachowań społecznych. Wymaga czasu, bo język już trochę niedzisiejszy (prosi się o nowe tłumaczenie) - ale bardzo warto! 


 

środa, 14 grudnia 2022

Jakub Żulczyk "Czarne słońce"

 

Żulczyk jak zawsze niezawodny, choć tę książkę czytało mi się trudniej niż inne z powodu gigantycznego natłoczenia wulgaryzmów. Uwierzyć trudno, że za wulgarną uznałam wcześniej Ślepnąc od świateł, która teraz wydaje mi się opowiastką dla grzecznych panienek.

Co niesamowite, to fakt, że finezja języka, którą tak cenię u autora, nie ucierpiała ani trochę - styl jak zwykle skrzy się od błyskotliwych sformułowań i sprawia, że nawet czytanie faszystowskiego bełkotu głównego bohatera staje się przednią rozrywką. Zastanawia mnie tylko ów cud jego duchowej przemiany - jakoś nie kupiłam go i nie wiem, do kogo miał trafić. 

Do przemyślenia, czy aby faktycznie wszyscy jesteśmy Gruzami? 

 


wtorek, 13 grudnia 2022

Jan Twardowski "Żal" (Żal że się za mało kochało)

Żal że się za mało ko­cha­ło
że się my­śla­ło o so­bie
że się już nie zdą­ży­ło
że było za póź­no

choć­by się te­raz bie­ga­ło
w przed­po­ko­ju szu­ra­ło
nio­sło ser­ce osob­ne
w te­le­fo­nie szu­ka­ło
słu­chem szer­szym od sło­wa

choć­by się spo­kor­nia­ło
głu­pią minę stro­iło
jak lew na musz­ce

choć­by się chcia­ło ostrzec
że po­go­da nie­sta­ła
bo tę­cza zbyt czer­wo­na
a sól zwil­got­nia­ła

choć­by się chcia­ło po­móc
wła­sną gęba po­dmu­chać
na ro­sół za sło­ny

wszyst­ko już po­tem za mało
choć­by się łzy wy­pła­ka­ło
na­gie nie­pew­ne 

 


 

poniedziałek, 12 grudnia 2022

Grzegorz Piątek "Gdynia obiecana. Miasto, modernizm, modernizacja 1920-1939"

Nie znam innego tak mocnego głosu, który z równą pasją pokazywałby nie tylko awers, ale i rewers gdyńskiego mitu. Jest to fascynująca opowieść, która zdekonstruowała totalnie przekonania, jakie wpajano mi na lekcjach historii: począwszy od wiary w dalekowzroczność i kompetencje planistyczne Kwiatkowskiego, poprzez rzekomo powszechną świadomość, jakie znaczenie strategiczne miał port w Gdyni, po naiwną wiarę, że miasto powstające na surowym korzeniu może być szczytem osiągnięć urbanistycznych i spójności społecznej. Najwyraźniej - przynajmniej w Polsce - nie może.

Piątek opowiada o początkach miasta, które tworzy swoją historię zaledwie od 100 lat. Nie powstałoby wcale, gdyby nie polityka, gospodarka, złożone relacje polsko-niemieckie i wiele innych powodów. Nie byłoby też Gdyni, gdyby nie rzesze robotników przyjeżdżających nad morze nie tyle po to, by budować polski port, co uciec przed nędzą, czasem prawem, długami lub rodziną. Nierzadko tylko po to, by wpakować się w jeszcze większą nędzę i problemy społeczne. 

Autor nie kwestionuje sukcesu, jakim było powstanie polskiego portu, ale pyta o cenę, którą zapłacili za to „ludzie zbędni”. Udowadnia też, że wbrew oficjalnemu dyskursowi, w międzywojniu powstała nie tylko Gdynia elegancka i modernistyczna, o której tak lubimy opowiadać, ale także czarna – prymitywna, wstydliwa, zbudowana z baraków bez kanalizacji, energii i gazu. Gdynia miała być potwierdzeniem sprawności młodego państwa i skoku cywilizacyjnego. Jednak nowoczesne miasto z marzeń nie powstawało nowocześnie, jak głosi mit stworzony przez przedwojenną propagandę. Autor kwestionuje ów gdyński mit pięknego, białego, polskiego "miasta z morza i marzeń", pyta o cenę jego sukcesu i ukazuje faktyczny jego wymiar. Przedwojenna Gdynia była miastem straszliwych kontrastów – nędzy i bogactwa, pięknej architektury i faweli. 

Jako architekt, Piątek nie może pomijać faktu, że Gdynia jest niewątpliwym przykładem modernizmu w architekturze. To te przeszklone powierzchnie, dające wrażenie lekkości i dużo światła, marynistyczne odniesienia w budynkach użyteczności publicznej, okrągłe okna, obłe lub ostre bryły budynków, poziome linie. Autor pięknie i rzeczowo je opisuje, tłumaczy koncepcję, podaje konkretne przykłady, więc zainteresowany czytelnik będzie mógł chodzić z książką „śladami gdyńskiego modernizmu”. Niestety "Gdynia (była) jak eksperyment budowany po omacku. I zdano sobie z wagi tego eksperymentu jak już trwał w najlepsze". 

Sukces portu przykrywał liczne wstydliwe i niewygodne fakty. I to tak mocno, że po blisko stu latach to „Pan Nowoczesny” jest symbolem typowego mieszkańca Gdyni, przynajmniej w przywołanej przez Piątka książeczce dla dzieci wydanej niedawno przez Muzeum Miasta Gdyni (Pan Nowoczesny. Barwne życie w białej Gdyni). Niestety statystyki są bezlitosne: po ponad piętnastu latach od rozpoczęcia budowy portu i dziesięciu po nadaniu Gdyni praw miejskich tylko 46,5 proc. budynków miało prąd, niespełna 17 proc. kanalizację, a gaz docierał do 1,3 proc. Żadnych wygód nie miało blisko 40 proc. mieszkańców Gdyni. W 1938 roku 65 proc. mieszkańców stanowili robotnicy, ludzie z czynszówek, baraków bez wody, prądu, łazienek, żyjący daleko od Śródmieścia. Piętek podkreśla, że to co mogło być zrozumiałe w czasach pionierskich, na długo zostało podstawowym systemem zabudowy mieszkań. Pekin, dzielnica biedoty, istniejąca od 1923 roku do niedawna (sic!) nie była jedyną. W wywiadzie Autor mówi:

Byłem zszokowany, gdy ze statystyk wyczytałem, jak bardzo Gdynia była robotnicza, co jest dość oczywiste, jak o tym dłużej pomyśleć i jeśli brać pod uwagę, że był port i że miasto się budowało. Branża budowlana była wtedy najliczniejsza. Większość mieszkańców stanowili w związku z tym robotnicy i to był prawdziwy charakter tego miasta, co zupełnie zniknęło z jego wizerunku.

W lutym 1920 roku wojska generała Hallera przejęły fragment wybrzeża przyznany Polsce po pierwszej wojnie światowej. W ślad za wojskiem do Gdyni przybyli urzędnicy, osadnicy, inżynierowie i inwestorzy. Pierwotnie oknem Polski na świat miał być Tczew, a nie Gdynia. Jednak zapadła decyzja, jesienią 1920 roku, że to w Gdyni powinien powstać port. Rok później zbudowano w tym miejscu 23 kilometry torów linii kolejowych, by połączyć Gdynię z reszta kraju, omijających Wolne Miasto Gdańsk.

Miejsca na polskim wybrzeżu szukał nawet Stefan Żeromski. Choć był u szczytu popularności, to czuł zmęczenie Warszawą, niestabilnym życiem uczuciowym, schorowany szukał też miejsca z dobrym powietrzem. Chciał uciec, jak wielu osadników z głębi Polski. Dużo później oni wszyscy odkryli, że życie w Gdyni wcale nie jest łatwe, choćby ze względu na dramatycznie wysokie ceny – wszystko tutaj, z powodu wysokich kosztów transportu, było o wiele droższe niż w innych polskich miastach. Wysiłek mas zbudował Gdynię dla bogatych. W dodatku, właściwie od początku, działania władz wspierał swoisty szantaż emocjonalny. Uargumentowany ekonomiczno-politycznie pomysł budowy portu był jednocześnie poetycką opowieścią. Zsakralizowana przez Żeromskiego wizja miasta i narodowego portu nie pozwalały na żadne zastrzeżenia. Budujący wielki narodowy mit żyli w przeludnionych norach, ale jakikolwiek protest i żądanie minimalnej podwyżki były odbierane jak sabotaż i zamach na narodową świętość.

Piątek podkreśla szybkość z jaką ukończono port w Gdyni i korzyści, które w krótkim czasie zaczął przynosić polskiej gospodarce, ale zwraca uwagę, że „projekt Gdynia” nie był naoliwioną i sprawnie działającą maszyną. Wręcz przeciwnie – znakiem rozpoznawczym, nie tylko na początku, był chaos, a beneficjentami zmian jedynie wybrane grupy. Nikt nie pomyślał, że port i jego budowniczowie, to także problemy społeczne, konieczność zapewnienia mieszkań i usług publicznych. Polskie prawo zamiast zwalczać deficyt mieszkaniowy, zachęcało do inwestowania w kamienice dochodowe. Niemożność przeforsowania planów powodowała, że wiele miejsc w Śródmieściu pozostało do wybuchu wojny niedokończonych. Nie umiano opanować budowania "na żywioł", brakowało kompetencji i pieniędzy. Port wchłonął nawet dzielnicę reprezentacyjną, bo struktury miasta nie było; nie dało się np. wytyczyć rynku (w końcu powstał skwer Kościuszki), nie było budynków dla kultury, ale zaplanowano bazylikę, obelisk i wieżę ratuszową. A między nimi nie plac a forum w ciągłej gotowości do defilady.

Nieprawdą jest także - wpajane mi przez lata - przekonanie o znaczeniu, jakie przydawał Gdyni Piłsudski. W rzeczywistości niezwykle trudno było organizować środki na budowę portu, a ta flagowa inwestycja międzywojnia pozostawała jednym z ostatnich problemów na liście marszałka. Nowe granice Polski oznaczały nie tylko brak dostępu do portu, ale też porozcinane społeczności, rozczarowanie Kaszubów Polską - nową ojczyzną, która nie za bardzo rozumiała nowych obywateli. Pomimo, że w 1920 r. - kiedy jedynym oknem na świat pozostawała Gdańsk - wstrzymanie rozładunku statków z pomocą zbrojną dla polskiej armii o mały włos spowodowałoby niekorzystny zwrot historii.

Piłsudski rzadko pojawiał się w Gdyni. Przyjechał w 1928 roku, gdy jego małe córki zostały matkami chrzestnymi statków „Jadwiga” i „Wanda”. O wiele mocniej z Gdynią związany był minister Eugeniusz Kwiatkowski, który z okazji 10-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości zainicjował budowę pomnika Zjednoczenia Ziem Polskich (ciekawe, że znaczącą część środków na ten pomnik wyłożyło najzamożniejsze wówczas województwo śląskie). O pomnikach przeciętni mieszkańcy wcale jednak nie marzyli, gdy w mieście brakowało szkół, w klasach tłoczyło się po 70 uczniów, a sporo z nich była niedożywionych. Grzechy zaniechania popełnione przy budowie Gdyni były tymi samymi, które popełniał nowy rząd w całym kraju. Z jednej strony coraz bardziej autorytarne i upolitycznione państwo, z drugiej słabe, które nie potrafiło wykupić gruntów pod miejską zabudowę oraz ściągać podatków i pozbyć się deficytu budżetowego. Marszu ku nowoczesności odbywał się kosztem taniej siły roboczej.

Jeśli rozumieć modernizm jako nowoczesność, funkcjonalizm i prostotę, architekturę tworzoną z myślą o człowieku i stwarzającą mu komfortowe warunki mieszkania i pracy, to w Gdyni lat 20. i 30. XX wieku pojawiały się raczej pojedyncze sukcesy architektoniczne a nie modernizm w całym tego słowa znaczeniu. Padają hasła o budowie miasta po amerykańsku, ktoś zwraca uwagę, że Gdynia powinna być miastem jednolitym narodowo, bez Żydów, Ukraińców czy Niemców. Inni dostrzegają, że odcina się architektonicznie od gdańskich budynków z czerwonej cegły (w Gdyni widać tylko jasne tynki). 

Powstawały tutaj awangardowe gmachy publiczne, ale przybywający bezrobotni, łapiący się dorywczych zajęć, nie mają gdzie mieszkać: Gdynia obrasta w budy, baraki, nędzne domki. Dla robotników była to Gdynia niedotrzymanych obietnic. Państwo nie sprawdziło się tam, gdzie go oczekiwano. Przy okazji budowy portu nie pojawiły się powiązane pomysły na budowę zakładów przemysłowych, wspomagających port czy mieszkania dla ludzi, których ściągnięto obietnicą życiowej szansy. Od 1920 roku, gdy Tadeusz Wenda zaproponował lokalizację basenów portowych we wsi Gdyni, sprawy toczyły się niezbyt centralnie. Dopiero w 1922 roku pojawiła ustawa o budowie portu w Gdyni, sankcjonując to, co już powstało. Gorzej było z terenem wokół portu, którym rządził chaos przestrzenny, samowola budowlana i spekulacje gruntami. Dopiero cztery lata od decyzji o budowie portu ogłoszono konkurs na plan zabudowy Gdyni, a sześć lat później media (sic!) wzywały państwo do wykupu gruntów, by w końcu miastu (w 1926 roku Gdynia otrzymała prawa miejskie) nadać jakiś konkretny wygląd. Pierwszy plan urbanistyczny powstał w Warszawie i jak pisze Piątek, był interesujący, ale… naruszał zbyt wiele interesów, więc poszedł do szuflady. Port odwrócił się od miasta, a ono zaczęło żyć własnym życiem, co z europejskimi założeniami urbanistycznymi nie miało wiele wspólnego.

Interesującym wątkiem (obecnym także w innych książkach Piątka) jest to, jak sanacyjne państwo polskie zerkało z zainteresowaniem w stronę faszystowskich wzorców. Partnerskim miastem Gdyni została włoska Littoria, która także powstawała od zera i miała być dowodem na sprawność władzy, której twarzą był Benito Mussolini. O ironio, Littoria naprawdę była sukcesem: budowano ją wg planu, równolegle powstały miejsca pracy, mieszkania i gmachy publiczne, zawczasu dokonywano wywłaszczeń i komasacji gruntów, na których powstawała nowoczesna zabudowa. Tego wszystkiego zabrakło w Gdyni. Piątek przywołuje opinię architekta Stanisława Dziewulskiego, który ubolewał, że w Gdyni stracono okazję na stworzenie arcydzieła. 

Nie jest to typowa książka naukowa czy popularnonaukowa, choć bez wątpienia stanowi znakomity przykład solidnie opartego na faktach non-fiction (od strony edytorskiej książka zasługuje na szczególne uznanie za konsekwentną szatę graficzną tym razem w odcieniach koloru żółtego, w odróżnieniu od niebieskiego Najlepszego miasta świata”). Jest to trochę reportaż, trochę esej, trochę opowieść, której bohaterami są po trosze mieszkańcy, a po trosze sama Gdynia. W efekcie czyta się to wszystko jak najlepszą powieść! Architekt, piszący książkę, skupiłby się głównie na formie. Piątek jest pisarzem architektem, który sens tego zawodu widzi w służbie ludziom i dlatego w swojej opowieści o Gdyni koncentruje uwagę na nich. Ideom powinna być podporządkowana forma; ludziom, którzy piękną ideę nowego miasta wcielają w życie, architektura powinna służyć. Ale tak się nie stało. Miasto miało być zjawiskowe - w efekcie czekano na formę, podczas gdy ludzie spali w rurach ciepłowniczych.

Piątek pyta zatem, czy można mówić o sukcesie, gdy idea rozwoju cywilizacyjnego spowodowała „produkcję” ludzi zbędnych, ludzi odpadów - jak pisał o ofiarach procesów modernizacyjnych Zygmunt Bauman w Życiu na przemiał. Zbędność to stan nieodwracalny, spisujący ludzi na straty już na zawsze. Podtytuł książki ma zatem wydźwięk prowokacyjny, bo miasto zaplanowało się samo, modernizm zarezerwowany został dla wybranych, a modernizacja następowała o tyle, o ile nie wchodziła w drogę wpływowym posiadaczom nieruchomości.

Wspaniała opowieść, lektura obowiązkowa! 

czwartek, 17 listopada 2022

Gary Snyder "We wszystkim" (ze zbioru "Axe Handles, 1983")

Przyrzekam wierność glebie
tej Żółwiej Wyspy
i wszelkim stworzeniom, które tu mieszkają
jednemu ekosystemowi
w całej różnorodności
pod słońcem
Radośnie przenikającym wszystko.


(tłum. Mirosław Drabczyk)

 


 

wtorek, 15 listopada 2022

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska "Wszystko zawsze na matce wisi"

bo za święta niewydolna wychowawczo i kurwa
się gździ jak suka

wpada w depresję po porodzie zabija swoje dziecko
(facet dawca spermy jest zawsze na luzie)

Jarosław płacze nad rozlaną jego spermą
zakazuje in vitro

moje ciało nie należy do mnie
PIS się wpierdala w moją macicę jajniki

w pochwę wargi sromowe

w moją pierś karmiącą w zapaleniu bolącą
gdy odciągam mleko

sutki bolą krwawią przeżyj to prezesie

sama sobie strzelę w krocze
wtedy się odwalisz ode mnie

 


poniedziałek, 14 listopada 2022

Ruth Lillegraven "Odbiorę Ci wszystko"

 

Tym razem norweski thriller kultywujący najlepsze tradycje szwedzkiej literatury: jest napięcie, zwroty akcji i świetnie skrojona atmosfera: szkliście-chłodna, skandynawska i skupiona. Ale zarazem są emocje spraw społecznych, bez których skandynawski kryminał nie byłby skandynawski (tym razem problem przemocy wobec dzieci) i dyskusyjna kwestia granic, do których można się posunąć chroniąc innych. 

Główną bohaterką jest Clara. Kobieta pracuje jako urzędniczka w Ministerstwie Sprawiedliwości. Właśnie całkowicie pochłania ją projekt pracy nad nową ustawą, mającą skuteczniej chronić dzieci będące ofiarami przemocy domowej. Mąż Clary, Haavard, jest lekarzem. Pewnego dnia do jego szpitala trafia czteroletnie dziecko. Szybko okazuje się, że było regularnie bite. Małżonkowie są tym wstrząśnięci. Wszak sami mają dwójkę synów w podobnym wieku.

Wkrótce ojciec maltretowanego chłopca zostaje zamordowany. Giną również kolejne osoby, które znęcają się nad swoimi dziećmi. Policja zaczyna podejrzewać Haavarda. Mężczyzna zostaje zatrzymany. Tymczasem w toku śledztwa na jaw wychodzą nowe, zaskakujące informacje. Okazuje się, że tak naprawdę nikt nie jest do końca tym, za kogo się podaje.

Na powieść składają się historie opowiadane kolejno przez poszczególnych bohaterów. Każdy z nich mówi o sobie, o swoim życiu, wspomnieniach, uczuciach, emocjach. Każdy przedstawia motywy swojego działania.

Jestem przekonana, że Ruth Lillegraven (pisarka, poetka i autorka sztuk teatralnych) szybko stanie się rozpoznawalna także w Polsce. Jej książka zmusza do myślenia, każe snuć własne hipotezy, a zarazem ostrożnie dobierać oceny i ferować wyroki.

Zaskoczeniem (jak należy) okazuje się finał - niestety nieco słaby i rozczarowujący (tak nie należy) dlatego nie unoszę się z zachwytu aż pod niebiosa, ale z niecierpliwością będę czekała na kolejne książki Autorki.



piątek, 4 listopada 2022

Jerzy Borowczyk, Michał Larek "Punkty zapalne. Dwanaście rozmów o Polsce i świecie"

Zbiór dwunastu rozmów z osobami działającymi na styku mediów, analizy politycznej, dyplomacji i reportażu wojennego, które autorzy przeprowadzili w różnych miejscach w Polsce i za granicą. Rozmówcy m.in.: Piotr Andrews, Paweł Smoleński, Vincent Severski, Andrzej Jonas, Wojciech Jagielski, Aleksander Smolar, Adam Daniel Rotfeld, Wojciech Tochman, Patrycja Sasnal, Miłada Jędrysik, Ludwik Dorn, Krzysztof Miller.

Pierwszym atutem książki jest różnorodność perspektyw: wśród rozmówców są reporterzy, analitycy, politycy, dyplomaci. Dzięki temu uzyskujemy wielowymiarowy ogląd świata: od frontu konfliktu, przez kulisy dyplomacji, po refleksję nad procesami geopolitycznymi. Kiedy rozmówca mówi np. o Afryce, Bliskim Wschodzie czy Rosji, to nie jest to sucha analiza akademicka, ale relacja człowieka, który był tam, widział, słyszał. Taki reportażowy rys nadaje książce autentyczności i przyciąga uwagę.

Drugą zaletą jest ciągła aktualność tematyki. Książka wydana była w 2016 r. — kiedy świat zmagał się z wieloma „punktami zapalnymi” – pokazuje autorów świadomych momentu historycznego. Europejska słabość, nieobliczalna Rosja, kryzys Bliskiego Wschodu, poraniona Afryka, błędy wielkich mocarstw ― wszystko to katalog zagrożeń, który niestety nadal brzmi aktualnie. 

Trzecim plusem jest forma – każde spotkanie zostało poprzedzone krótką prezentacją rozmówcy, czasem kontekstem spotkania czy uwagami o jego sytuacji. To dodaje książce waloru dokumentalnego i pozwala czytelnikowi poczuć się bliżej sytuacji.

Pomimo wielu zalet, książka ma też pewne mankamenty. Po pierwsze – głębokość analizy nie zawsze jest wystarczająca. Ponieważ format to rozmowa, nie esej, czasem brakuje pogłębienia, syntetycznego ujęcia wniosków czy wskazania długofalowych konsekwencji. Niektóre rozmowy pozostawiają poczucie tu i teraz, bez wniknięcia w mechanizmy, które doprowadziły do danych procesów.

Po drugie – równowaga rozmówców mogłaby być lepsza. Gdy czytelnik szczególnie zainteresowany jest frontem konfliktu czy reportażem wojennym, może poczuć niedosyt w częściach poświęconych polityce czy dyplomacji.

Po trzecie – lokalny wymiar. Choć książka stara się pokazać świat, jednak silna jest perspektywa polska i europejska (co nie jest wadą sama w sobie), co oznacza, że pewne regiony świata albo pewne kulturowe niuanse mogą być potraktowane z dystansem lub skrótem.

„Punkty zapalne” to bardzo wartościowa lektura dla osób, które interesują się współczesnością w szerokim kontekście: globalne kryzysy, konflikty, geopolityka, media i ich rola. Dla czytelnika mniej obeznanego z tą tematyką książka może być wymagająca — ale równocześnie otwierająca oczy na wiele kwestii, które rzadko trafiają do popularnej debaty.

wtorek, 20 września 2022

Ilona Wiśniewska "Lud. Z grenlandzkiej wyspy"

"Lud. Z grenlandzkiej wyspy" to reportaż: ważny, pięknie napisany i bogaty w treść. Ilona Wiśniewska pozwala nam spojrzeć za kulisy życia Grenlandczyków — nie przez pryzmat turystycznego zachwytu ani jedynie przez chłód arktycznej przyrody, ale przez pryzmat ludzkiego losu, tęsknoty, oporu i miłości do miejsca, które — mimo izolacji — pozostaje pełne życia.

Jest to osobista, wrażliwa i zarazem bardzo mocna próba przyjrzenia się bliżej Grenlandii — nie tej monumentalnej Grenlandii przyrody i lodu, ale ludziom żyjącym między kulturami, między tradycją a współczesnością. Autorka spędziła tam kilka miesięcy, pracując jako wolontariuszka w domu dziecka w Uummannaq, dlatego Grenlandia w jej ujęciu nie jest miejscem egzotycznym tylko dla egzotyki — jest to przestrzeń trudna, zimna, surowa, ale jednocześnie bardzo żywa, pełna ludzi, którzy kochają, cierpią, tęsknią, walczą o zachowanie swojej kultury i języka. Jest to zarazem opowieść o tym, co to znaczy być Grenlandczykiem: opowieść o dumie, ale też o rozdarciu – między polityką duńską a własną tożsamością, między tym, co przeszłe, a co współczesne.

Niesamowitą stroną tego reportażu jest nadzwyczajna empatia autorki i bliski kontakt z bohaterami. Wiśniewska nie obserwuje ich z dystansu — mieszka z nimi, pracuje, rozmawia. Dzięki temu portrety mieszkańców Uummannaq są pełne niuansów. Poznajemy zarówno młodzież, która była wysyłana do szkół w Danii, tracąc język i część kultury, jak i tych, którzy pozostali, łowią ryby spod lodu, troszczą się o dom, naturę, przeszłość.

Autorka pokazuje, jak silny związek Grenlandczyków z naturą: morzem, lodem, rytmem dnia i roku. Natura nie jest tylko tłem, lecz częścią ich tożsamości, źródłem praktycznych wyzwań, ale też pocieszenia. Grenlandzka kultura myślenia o naturze nakazuje wielki dla niej szacunek: każde zwierzę, każda rzecz ma wartość – to obraz często powracający w wypowiedziach rozmówców.

Wiele fragmentów Wiśniewska poświęciła konsekwencjom polityki duńskiej: wysyłaniu dzieci na edukację do Danii, wychowywaniu ich z dala od języka grenlandzkiego, zacieraniu tradycji, utracie poczucia przynależności. To ważny i bolesny wątek. Autorka nie upraszcza, pokazuje sprzeczności: tęsknotę, opór, kompromisy – i to, jak Grenlandczycy sami próbują budować swoją przyszłość.

Książka nie jest suchym zbiorem faktów — Wiśniewska wplata własne obserwacje, momenty autokrytyki, humor, ciszę. To sprawia, że lektura tego reportażu jest niezwykle ludzka, autentyczna, bardziej dostępna.

Jeśli miałabym wysunąć jakiekolwiek zastrzeżenia to może głównie byłby to brak całościowego kontekstu historyczno-politycznego. Choć są fragmenty opisujące kolonializm duński i problemy edukacyjne, nie zawsze dostajemy pełny obraz systemowych ram (np. polityki Danii wobec Grenlandii, ekonomicznego uzależnienia, zmiany klimatu). Chciałąbym, aby te wątki były nieco silniej rozbudowane.

Momentami książka przeskakuje z jednej opowieści do drugiej, bywa, że wraca do podobnych tematów, co jest naturalne w reportażu, ale czasem brakowało mi linearności, prowadzenia historii od początku do końca. Ponadto uczestnictwo autorki w większości wydarzeń powodowało jej wyraźny wpływ na narrację. 

"Lud. Z grenlandzkiej wyspy" to nie tylko książka dla osób zainteresowanych kulturami północnymi, czy współczesnym życiem Innuitów, ale także metaproblemami: wpływem kolonializmu na wspólnoty lokalne, refleksją nad tożsamością (jak język, pamięć, tradycja pomagają albo utrudniają bycie sobą) i literaturą podróży, która jest dialogiem ze światem i miejscem. Na pewno nie jest to lektury relaksującej — momentami jest mocna, trudna, czasem przygnębiająca. No i na pewno nie jest to przewodnik turystyczny ;-)



niedziela, 18 września 2022

„Kamień w lustrze. Antologia literatury chińskiej XX i XXI wieku”

Ta antologia pozwala zobaczyć, że literatura chińska to nieprawdopodobna mozaika — nie monolit, nie tylko wojna czy rewolucja czy tradycja, ale teakże nowoczesność, eksperyment, fantazja. Jest to zbiór bardzo ambitny i bogaty, który stara się uchwycić ducha oraz różnorodność literatury chińskiej modernistycznej i współczesnej. Zawiera nazwiska zarówno tych bardzo znanych w Polsce, jak i rzadziej tłumaczonych, młodszych autorów (m.in. Shen Congwen, Qian Zhongshu, Mu Shiying, Shi Tiesheng, Wang Xiaobo, Yu Hua, Su Tong, Han Shaogong, Can Xue, Yan Ge, i inni.).

Największa część to utwory prozą narracyjną, poza tym zbiór zawiera także poezję i dramat. Tłumaczenia dokonało wielu tłumaczy, co samo w sobie stanowiło wyzwanie — utrzymanie spójności stylu, tonacji różnych tekstów, właściwego przenoszenia idiomów z chińskiego na polski etc.

Antologia pokazuje ogromną literacką przestrzeń: od klasycznych/nowszych modernistów, poprzez prozę rewolucji kulturalnej, aż po autorów współczesnych. Dzięki temu czytelnik ma szansę zobaczyć, jak literatura chińska zmieniała się na przestrzeni dekad — formalnie, tematycznie, stylistycznie. W jednym zbiorze mieszczą się utwory o bardzo silnym kontraście: od liryczności, melancholii, przez realizm społeczny, ironię, dramat, surrealizm, groteskę. Nie brakuje utworów, które zmuszają do myślenia, tych, które wzruszają, tych, które drażnią. Dzięki antologii można nieco lepiej przyjrzeć się zmianom historycznym: wpływowi tradycji, rewolucji, modernizacji, urbanizacji, transformacjom społecznym.

Oczywiście żaden wybór tego typu nie obejmie wszystkiego – zawsze coś pozostaje poza antologią. W „Kamieniu w lustrze” także nie ma każdego ważnego autora czy prądu literackiego, co jest naturalne, ale dla kogoś, kto chciałby mieć absolutnie reprezentatywny przekrój literatury chińskiej – może być to odczuwalne. Z uwagi na dużą liczbę tłumaczy i bardzo różne style oryginałów, czytelnik czasem może odczuwać dyskomfort przechodząc od utworu bardzo lirycznego do bardzo surowego, brutalnego albo od surrealistycznego do naturalistycznego. To jednak część uroku antologii, ale też może być wyzwaniem, jeśli ktoś oczekuje jednolitego doświadczenia literackiego.

Jest to lektura wymagająca. Niektóre teksty są gęste, wymagają znajomości kontekstu historycznego (np. rewolucja kulturalna, polityczne represje, tradycje literackie, wierzenia ludowe). Czytelnik bez żadnego przygotowania może się miejscami „zagubić”. Niektóre utwory mogą być trudne emocjonalnie - tematyka bywa bolesna: trauma, szaleństwo, cierpienie, nierówność, nadużycia władzy. To nie jest literatura sentymentalna; momentami wciąga w bardzo trudne realia.

Aby lepiej zobrazować, co książka oferuje, przytoczę parę przykładowych tekstów, które zwróciły moją uwagę:

* „Miasto graniczne” Shen Congwena – utwór o silnym klimacie pastoralnym, z pięknym połączeniem przyrody, obrzędowości lokalnej, życia prostego. Jednocześnie jednak tragedia i społeczna przenikliwość nie pozwalają zapomnieć o wymiarze historycznym i konfrontacji między tradycją a nowoczesnością.

* „Era tatuażu” Su Tonga – surowy, brutalny obraz życia niższych warstw społecznych, walki, przemocy, często fizycznej, psychicznej. Ten utwór kontrastuje mocno z lirycznymi fragmentami antologii, ale jest potrzebny, bo pokazuje, że literatura chińska to nie tylko idylliczne pejzaże, lecz także krwawy dyskurs społeczny.

* „Trzydzieści lat, wiek samodzielności” Wang Xiaobo – utwór, który zostaje w pamięci, bo balansuje między dramatem a ironią, absurdem i refleksją.