Nie jestem fanką Krajewskiego, ale jako Wrocławianka nie mogę nie doceniać dociekliwości z poszukiwaniu i odtwarzaniu obrazów przedwojennego Wrocławia w jego kryminałach. Każda uliczka i zaułek odmalowane są z nadzwyczajnym pietyzmem!
czwartek, 1 maja 2014
wtorek, 22 kwietnia 2014
Andrzej Bursa [Języki obce]
Tak mój ojciec pali fajkę
Yes, my father smokes the pipe
powtórz to zdanie
otworzy ci ono
o-
knonaświat
Gdy będziesz siedział na Broadwayu
w barze piękniejszym niż oczy szatana
spytają cię niezawodnie
czy twój ojciec pali fajkę
wtedy odpowiedz z uśmiechem
Yes, my father smokes pipe
Widzisz
jak to będzie cudownie
piątek, 18 kwietnia 2014
Emil Zegadłowicz "O Magdalenie płonącej"
za sznury opali,
które wypieściły twe ramiona,
Mario z Magdalii.
Pochwalone kobierców cuda,
nabyte ceną,
którą wypieściły twe uda,
Magdaleno!
Bo oto nadeszła godzina,
zawrzała krew twych żył,
a twoja bezwina
rozkazała ustom scałować z nóg Jego pył.
Spojrzały na ciebie te słodkie oczy
i poszły zbawiać dalej,
płoniesz na wieczność w jutrznianej poźroczy,
Mario z Magdalii.
wtorek, 11 marca 2014
John N. Gray "Fałszywy świt. Urojenia globalnego kapitalizmu"
Po przeczytaniu Herezji nie mogłam nie poszukiwać kolejnych (także starszych, ale mi nieznanych) książek Johna Graya. Są one warte uwagi choćby ze względu na intelektualną drogę, jaką pokonał autor: jeszcze u progu lat 80. ub. wieku uznawany był za kontynuatora myśli Isaaha Berlina i Friedricha von Hayeka. Stał się wówczas jednym z ideologów brytyjskiej Nowej Prawicy, która wyniosła do władzy Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii, a w USA przyniosła rozwój reganomiki. Jednak rozpad dawnego bloku sowieckiego i koniec zimnej wojny, wywołały potężne przeobrażenia w zakresie geopolityki oraz (nie zawsze udaną) transformację gospodarczą krajów dawnego bloku wschodniego, a w ślad za nimi - rozczarowanie neoliberalizmem. Gray zaczął zwracać się przeciwko oświeceniowemu humanizmowi, który leży u podstaw tych zmian. W Słomianych psach pisze:
Ludzie uważają się za wolne, świadome istoty, podczas gdy w rzeczywistości są zwierzętami żyjącymi w świecie złudzeń. Jednocześnie bez przerwy starają się uciec od tego, co uważają za własną naturę. Ich religie to próby odrzucenia wolności, której nigdy nie posiadali. W dwudziestym wieku tę samą rolę odgrywały utopie lewicy i prawicy (s. 109-110 wydania polskiego)
Może nieco to egzaltowane i schopenhauerowskie, ale świadczy o zwrocie w kierunku antyglobalizmu, niechęci do prometejskiego neokonserwatyzmu i związanej z nim demolatrii. Fałszywy świt powstał pod koniec ubiegłego wieku (jeszcze przed atakiem na WTC i wojną z terroryzmem, przed globalnym kryzysem finansowym i rzecz jasna przed wojną w Ukrainie). Tym bardziej zaskakuje nieustająca aktualność tej książki, trafna diagnoza imperializmu rosyjskiego, przekonanie, że niewłaściwie przeprowadzona transformacja gospodarcza i polityczna byłego bloku wschodniego (w szczególności Rosji), stoi u podstaw izolacji Rosji i zarazem jej nieustającej agresji.
Fałszywy świt wymaga jednak pewnego dystansu. Niewątpliwie jest to manifest zawiedzionego neoliberała, który z czasem popadnie w sceptycyzm obecny w Herezjach. Jednak już w tej książce wyczuwalny jest nie tylko atak na ideę globalnego kapitalizmu, lecz na całą myśl oświeceniową, wiarę w postęp i ekonomiczno-polityczne dogmaty. Jednym z tych dogmatów jest idea samoregulującego się rynku, który - zdaniem Graya - nie może istnieć sam z siebie bez gwarancji państwa, które zapewni mu przetrwanie. Gospodarka kapitalistyczna pozostaje co prawda najbardziej wydajnym i uczciwym systemem ekonomicznym, ale wymaga nieustającego wsparcia instytucji, która sprawi, że reguły rynku będą przestrzegane, umowy - dotrzymywane, monopole - ograniczane itd. Nawiązując do Hobbesa i w tonie Patricka Buchanana (Śmierć Zachodu), Gray pisze, że zanik państwa nie doprowadzi do dwa razy bardziej wolnego rynku, ale wojny wszystkich ze wszystkimi. Wolny rynek nie zastąpi państwa, lecz jest wytworem silnego państwa (silnego - w sensie możliwości realizowania swoich planów).
Wiara w spontaniczną organizację społeczną, która nie prowadziłaby do bellum omnium contra omnes jest naiwnością, o której pisało wielu liberałów, ale Gray (podobnie, jak Daniel Bell w Kulturowych sprzecznościach kapitalizmu) idzie w swojej krytyce dalej, pisząc, że nieograniczony wolny rynek niszczy wartości, na których został zbudowany (liberalizm w swej ostatecznej fazie zwraca się przeciwko wolności). Nieograniczona wolność i pełna emancypacja człowieka (uwolnienie go od wszelkich ograniczeń tradycji, kultury, natury) staje się ostatecznie źródłem zniewolenia. Podobnie jak ideologia komunistyczna (której celem była zmiana natury ludzkiej i dokonanie absolutnej syntezy wolności, równości i braterstwa), tak współczesne projekty emancypacyjne ostatecznie służą jedynie powiększaniu zakresu politycznej kontroli - tak, jak to się stało w zdewastowanym społeczeństwie USA (Samobójstwo supermocarstwa).
Istotą wizji oświeceniowej (na wzór religijnej) jest przekonanie, że człowiek jest w stanie zbudować ziemski raj. Wizja ta zakłada wiarę w mądrą politykę i postęp (techniczny i moralny). Sfera pracy i produkcji - zgodnie z tą wizją - jest w ludzkiej egzystencji zasadnicza pod każdym względem (determinuje ją i stawia za cel). Ileż w tym czynników upodabniających podejście lewicowe i konserwatywne! Gray dekonstruuje ten tok myślenia nie tylko w Fałszywym świcie, ale także Herezjach i Czarnej mszy. Miażdży zarazem dychotomię socjalizmu i liberalizmu. Na tym nie koniec - okazuje się sceptykiem względem ,,ekologizmu" i jego rojeń o człowieku jako podstawowym źródle klimatycznej katastrofy i ratunku dla Planety, gdyż owe rojenia są co najwyżej rewersem typowo oświeceniowej wiary w zdolność panowania człowieka nad przyrodą. Mit polityki zrównoważonego rozwoju jest wszak takim samym mitem, jak mit wolnego rynku tak bezlitośnie demaskowany przez Graya.
wtorek, 18 lutego 2014
Tadeusz Biedzki "Zabawka Boga"
W zamyśle książka o tajemnicach i odkryciach z czasów Chrystusowych. Wszak chodzi o tajemniczą Arkę Przymierza!
W rzeczywistości nuda, która rozdziera szczękę.
niedziela, 1 września 2013
Nassim Nicholas Taleb "Antykruchość. Jak żyć w świecie, którego nie rozumiemy"
Co do zasady uznaję Antykruchość za typowy przykład "literatury z lotniska". Jest to bowiem książka na tyle obrazowa, lekka i popularyzatorska, żeby mógł sięgnąć po nią każdy znudzony biznesmen odczekujący w kolejce na lotniskową kolonoskopię, a zarazem na tyle aspirująca do stylu naukowego, żeby w razie potrzeby można było błysnąć na spotkaniu towarzyskim znajomością najnowszych trendów, poczytnych autorów i własną erudycją. A ponieważ "to się teraz czyta" - to książka najpewniej jest do kupienia w lotniskowych kioskach ;-) Intelektualnie nas nie zmęczy - raczej zirytuje nadmiarem niekonsekwencji i błędów.
Ale do rzeczy: Antykruchość to czwarta już książka z serii Incerto Nassima Taleba (kontynuacja najbardziej chyba znanego Czarnego łabędzia). Taleb wprowadza w niej i opisuje koncepcję antykruchości w różnych dziedzinach: od ekonomii i systemów biologicznych po technologię, urbanistykę, historię i mitologię, inwestycje i finanse. Traktuje zarazem tę koncepcję jako rozwiązanie problemu "czarnego łabędzia".
W pewnym sensie pojęcie to podchwycił ze słynnego (w mojej opinii: nader głupiego) powiedzenia Nietzschego o tym, że co nas nie zabija, to nas wzmacnia. Taleb twierdzi, że antykruchość istnieje w pewnym spektrum właściwości klas rzeczy, które są albo kruche (pękają pod wpływem stresu i presji, a zmierzają w stronę spokoju) albo - wręcz przeciwnie - solidne (tj. stabilne i odporne na rozpad, ale niewrażliwe na nieład). Różnica między poszczególnymi kategoriami w tym spektrum (od rzeczy kruchych, poprzez wytrzymałe, po antykruche) polega na tym, jak zazwyczaj reagują one na przypadkowość/losowość — rzeczy, które są antykruche ulegają wzmocnieniu, stają się trwalsze i solidniejsze.
Taleb sugeruje, że powinniśmy nie tylko być mniej podatni na niepowodzenia, ale właściwie dążyć do wykorzystania niepowodzeń, tak aby stresory, błędy i zmiany prowadziły do naszego wzmocnienia. Sięga do mitologii, aby objaśnić triadę kruchości. Damocles, który je obiad z mieczem zwisającym nad głową, jest kruchy, ponieważ niewielkie naprężenie sznurka trzymającego miecz może go zabić. Feniks, który umiera i odradza się z popiołów, jest wytrzymały. Zawsze powraca do tego samego stanu. Hydra zaś demonstruje antykruchość. Kiedy odcina się jedną głowę, odrastają dwie.
Taleb analizuje tę ideę na niezliczonych przykładach i argumentuje, że wbudowując antykruchość w nasze życie, możemy o wiele bardziej pozytywnie reagować na zmiany w naszym otoczeniu. W odpowiedzi na pytania o to, jak radzimy sobie z rosnącym ciężarem słabości w społeczeństwie i czy antykruchość może dostarczyć rozwiązań, Taleb oferuje przeróżne malownicze opowieści i przykłady. Posługuje się przykładem łoża prokrustowego, aby zademonstrować szkody spowodowane redukcją zmienności. (Prokrust - postać z mitologii greckiej - chwytał podróżników i kładł ich do swojego łóżka, rozciągając ich na stojaku, jeśli byli na to za niscy, lub odcinając im kończyny, jeśli byli za wysocy). Taleb twierdzi, że kiedy niszczymy wariacje, aby pasowały do modelu, wyrządzamy podobną szkodę. Przemawia to m.in. przeciwko rosnącej standaryzacji, do której dążymy w podstawowej opiece zdrowotnej. Autor wierzy w wartość losowości dla systemu, co ilustruje opowieścią o ośle, głodnym i spragnionym, który nie potrafi podjąć decyzji, czy najpierw sięgnąć do beli siana, czy wiadra z wodą. Losowe pchnięcie w jednym kierunku rozwiązałoby ten problem.
Według Taleba losowość pomaga nam obierać kierunek, podczas gdy bez niej tracimy korzystny stresor dla podejmowania decyzji. Co dziwne, odważnie kształtując to, co rozumie przez antykruchość, Taleb nieumyślnie kwestionuje niektóre ugruntowane myślenie stojące za polityką zdrowotną. Chociaż entuzjastycznie imponująca i wielodyscyplinarna, poruszająca zagadnienia od polityki i ekonomii po politykę społeczną, filozofię i medycynę, jego opowieść nieco nuży ciągłym przeskakiwaniem z tematu na temat.
Autor podważa też niektóre swoje bardziej przekonujące idee, rozpraszając je wśród pochopnych twierdzeń przedstawionych bez przekonujących dowodów i bezkrytycznie podrzucanych czytelnikowi. Niektóre z jego twierdzeń są dość dziwne i w rezultacie całość traci na wiarygodności. Na przykład, z niedowierzaniem czytałam, że coroczne wykonywanie mammografii „kobietom powyżej 40 roku życia nie prowadzi do wydłużenia średniej długości życia”, ponieważ lekarz, widząc guza, „nie może uniknąć zrobienia czegoś szkodliwego, jak operacja, po której następuje napromieniowanie, chemioterapia lub jedno i drugie – to jest bardziej szkodliwe niż guz”. Hmmm...
Taleb jest znacznie lepszy w identyfikowaniu przykładów niestabilności niż w określaniu konkretnych strategii, które faktycznie sprzyjają osiągnięciu antykruchości. Sugestie nie są zbyt dobrze przemyślane, a przede wszystkim jest ich niezwykle mało. Jednak najbardziej frustrujący w Antykruchości jest nadmiar sprzeczności. Autor oferuje przepowiednie dotyczące przyszłości, ale zaraz podkreśla, że są one niewiarygodne. Wielokrotnie atakuje naukowców i teoretyków jako ludzi, którzy „pouczają ptaki, jak latać”, podczas gdy sam (zresztą jako naukowiec) robi dokładnie to samo w każdej swojej książce.
niedziela, 5 maja 2013
Italo Calvino "Niewidzialne miasta"
Wbrew swojej poetyckiej, fantasmagorycznej naturze, Niewidzialne miasta z 1972 r. to książka wyrastająca z architektonicznej i urbanistycznej debaty nad przyszłością miast toczonej w latach 60. XX wieku w obliczu odczuwalnego kryzysu wielkich metropolii.
Ta nadzwyczajna opowieść stanowi wyrafinowaną strukturę kompozycyjną: składa się z pięćdziesięciu pięciu krótkich opisów wyimaginowanych „miast niemożliwych”, o których słynny podróżnik Marko Polo opowiada jako ambasador Kubłaj-chanowi, cesarzowi Tatarów. Podzielone są one na jedenaście kategorii (Miasta i pamięć, Miasta i pragnienia, Miasta i znaki, Zwiewne miasta, Miasta i wymiana, Miasta i oczy, Miasta i nazwa, Miasta i umarli, Miasta i niebo, Ciągłe miasta, Ukryte miasta) i umieszczone w metanarracyjnej ramie (zapisanej kursywą), relacjonującej spotkania podróżnika i cesarza.
Wewnątrz tomu miejsce każdej miejskiej opowieści wyznaczają trzy parametry: numer rozdziału zapisany cyfrą rzymską, przynależność do określonej serii oraz kolejność w jej obrębie wyrażona cyfrą arabską. Relacje o miastach tworzą precyzyjny schemat układający się w „zwiewną” figurę rombu:
1
2 1
3 2 1
4 3 2 1
5 4 3 2 1
5 4 3 2 1
5 4 3 2 1
5 4 3 2 1
5 4 3 2 1
5 4 3 2 1
5 4 3 2 1
5 4 3 2
5 4 3
5 4
5.
Mikroopowieści ramowe (9) dodane do liczby miast (55) dają sumę 64 - równą liczbie pól na szachownicy, której Kubłaj-chan, będący w książce wcieleniem analitycznego intelektu, używa jako modelu swego imperium. Marco Polo wypełnia ten model opowieściami pełnymi smaków, zapachów, barw i faktur.
„W ten sposób – powiadają niektórzy – potwierdza się hipoteza, że każdy człowiek nosi w umyśle miasto złożone z samych różnic, miasto bez figur i bez kształtu, zapełniane przez poszczególne miasta.” („Niewidzialne miasta”, Italo Calvino, tł. Alina Kreisberg, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2023, s. 43-44).
W Niewidzialnych miastach Calvino przedstawia miasto jako byt podlegający ciągłym przeobrażeniom, permutacjom, krystalizujący pewne fraktalne wzorce. Oparty na języku, matematyce i fizyce, ale jednocześnie na filozofii i socjologii. Książka stanowi też swego rodzaju grę: z percepcją opowiadających Marko Polo i Kubłaj-chana oraz samych Czytelniczek i Czytelników.
Szczególny, nieco oniryczny, ale zarazem skrupulatnie kartograficzny sposób postrzegania i opowiadania miasta, okazał się zadziwiająco uniwersalny i twórczo interpretowany - także w Polsce. Może dlatego, że pozwala wyrazić skomplikowaną historię oraz współczesne bolączki naszych miast?
Do Niewidzialnych miast odwołuje się grono uznanych polskich pisarzy, m.in. Magdalena Tulli (Sny i kamienie, Do lustra), Jacek Dehnel (Książka widmo), Sylwia Chutnik (Zabawy w pamięć i genderowy model miasta). Nawiązują do nich także architekci, urbaniści i aktywiści ruchów miejskich. Calvino zaraża swoim sposobem rozumienia idei miasta jako miejsca, w którym nawarstwiają się i istnieją jednocześnie materialne i niematerialne jakości, przeszłość i teraźniejszość, obawy i pragnienia.
piątek, 3 maja 2013
Janusz Głowacki "Przyszłem, czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy"
Mistrz sarkazmu i ironii opisuje proces tworzenia scenariusza filmowego, którego ostateczny kształt zależał wszak od wielu osób - w tym obdarzony wybujałym ego Lech Wałęsa i dźwigający ciężar sławy i doświadczenia reżyserskiego Andrzej Wajda. Bez sukcesów i zdobytej w Ameryce odporności Głowackiego to przedsięwzięcie chyba nie mogłoby się udać.
Dystans geograficzny pomógł też chyba przyjrzeć się Polakom i Polaczkom - Głowacki bez litości leje nas po tyłkach, mając zarazem świadomość, że i jego ukształtowało to właśnie a nie inne otoczenie. Śmiech przez łzy, ale mimo wszystko ubaw przedni!
Proces tworzenia owego scenariusza to nie tylko mistrzowsko opisana kuchnia zawodu, o którym niewiele zazwyczaj wiemy i jeszcze mniej myślimy. To także dziesiątki odrzuconych pomysłów, które z mniejszym lub większym bólem chował do szuflady scenarzysta. I dla tych scen bardzo warto sięgnąć po książkę. Jak pisał sam autor:
„Chciałem wyjaśnić, że piszę tę książkę głównie ze skąpstwa, bo ze dwadzieścia scen, co je napisałem, i parę pomysłów do filmu nie weszło. A ja niektóre lubię, czyli jak mają zginąć na zawsze, to je lepiej zapiszę. Z żadnego tam żalu, goryczy albo żądzy odwetu, boby to było śmieszne. Podobno Harold Pinter, jak chciał się zemścić na żonie za to, że go zdradza, zerżnął jej kochanka. Ja nie mam takich możliwości.”
Warto przeczytać tę książkę także jako uzupełnienie wspomnień Danuty Wałęsy - historia widziana z tak różnych perspektyw nabiera całkiem innych odcieni.
No i wreszcie nie bez znaczenia jest fakt, że słuchałam wersji audio w mistrzowskiej interpretacji Andrzeja Zielińskiego. Słuchałam dwa razy i nie mam dość!
piątek, 22 marca 2013
Anna Świrszczyńska "Odwaga"
Nie będę niewolnicą żadnej miłości.
Nikomu
nie oddam celu swego życia,
swego prawa do nieustającego rośnięcia
aż po ostatni oddech.
Spętana ciemnym instynktem macierzyństwa,
spragniona czułości jak astmatyk powietrza,
z jakim mozołem buduję w sobie
swój piękny człowieczy egoizm,
zastrzeżony od wieków
dla mężczyzny.
Przeciw mnie
są wszystkie cywilizacje świata,
wszystkie święte księgi ludzkości
pisane przez mistycznych aniołów
wymownym piórem błyskawicy.
Dziesięciu Mahometów
w dziesięciu wytwornie omszałych językach
grozi mi potępieniem
na ziemi i w wiecznym niebie.
Przeciw mnie
jest moje własne serce.
Tresowane przez tysiąclecia
w okrutnej cnocie ofiary.
niedziela, 3 lutego 2013
Imagine (reż. Andrzej Jakimowski)
Nie wiem, czy ten film zrobiłby na mnie tak gigantyczne wrażenie, gdyby nie fakt, że kilka miesięcy wcześniej spędziłam kilka dni w Lizbonie jako załogantka "Daru Młodzieży" w dodatku w czasie zlotu wielkich żaglowców. Razem z bohaterami filmu kolejny raz przemierzałam ulice Lizbony, ale przede wszystkim wsłuchiwałam się w odgłosy portu i wyobrażałam sobie codzienną rutynę na statku. Wspominanie jest zawsze niełatwe - ogarnia nas tęsknota za miejscami i wydarzeniami, których nie sposób w pełni odtworzyć. Ulotność obrazów, dźwięków i zapachów wydaje się nieznośna. Film, w którym obserwujemy życie osób niewidomych, bezwzględnie skazanych na wyobrażenia a zarazem tak wspaniale radzących sobie w świecie wyobrażonym, uzmysławia, że czar wspomnień jest czymś innym, ale równie pełnym, jak przeżycia, które mogły być bardziej wyraziste - ale niekoniecznie bardziej wartościowe.
Reżyser filmu (Andrzej Jakimowski - autor znakomitego Zmruż oczy) sięga do sprawdzonego schematu: nowy nauczyciel przy pomocy nieortodoksyjnych metod zyskuje uznanie swoich uczniów, a jednocześnie stopniowo oddala się od pozostałej części kadry i naraża na nieufność ze strony przełożonych. Ograna formuła zostaje w filmie Imagine wykorzystana do opowiedzenia o unikatowym doświadczeniu osób niewidomych. Bohaterem filmu - owy archetypicznym odkrywczym nauczycielem - jest Ian (Edward Hogg). Wśród lokatorów szkoły jest m.in. młodziutka Eva (Alexandra Maria Lara), ukrywająca przed światem swoją niepełnosprawność.
Jakimowski podkreśla, że tym, co ponad zmysłami, jest wyobraźnia. Dzięki niej widzimy rzeczy oraz wydarzenia często niezauważalne dla tych, którzy posiadają wzrok. W tym kontekście znakomicie prezentuje się praca operatora Adama Bajerskiego. Narzuca on nam odrobinę ograniczoną wizję otoczenia. W rezultacie, aby w pełni cieszyć się urokami tej produkcji, również widz musi wysilić swoją wyobraźnię, dzięki czemu można ujrzeć to, czego nie pokaże kamera.
Ian - także niewidomy - praktykuje metody echolokacji, które pokazuje także swoim uczniom, aby pomóc im przezwyciężyć ich własne ograniczenia. Nowa lekcja samodzielności wymaga od nich niezwykle wyczulonych zmysłów i silnej wyobraźni nad która w trakcie filmu pracujemy razem z uczniami Iana. Z napięcia między tym, co widoczne, a ukryte, rodzi się suspens. Znakiem reżyserskiego talentu Jakimowskiego jest fakt, że potrafi on wykreować niezwykłe napięcie w scenach prozaicznych czynności: przechodzenia przez ulicę czy spacerowania wzdłuż portowego nabrzeża. W rezultacie wstrzymujemy oddech przy każdym potknięciu bohaterów.
Reżyser wielokrotnie powstrzymuje się przed pokazaniem tego, czego nie mogą zobaczyć sami bohaterowie. Fenomenalna jest scena ze statkiem, którego nie ma - siedząc w kinie czułam zapach kremu do golenia, którego rzekomo używał niewidoczny (nieistniejący?) oficer na statku ;-) Zabiegi te można tylko podziwiać - wszak kino opowiada obrazami. Zatem pomysł, aby stworzyć film, który trzeba sobie wyobrażać jest czymś niewiarygodnym!

















