piątek, 7 listopada 2025

Andrzej Leder "Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej"

Leder formułuje tezę, że w Polsce w latach 1939–1956 zaszła „prześniona rewolucja”: rewolucja rozumiana jako głęboka, trwała zmiana struktury społecznej i wyobrażeń o sobie przez Polaków, której do dziś nie przetrawiono w zbiorowej pamięci. Skutkiem tej „prześnionej” przemiany jest brak ukształtowanej, świadomej klasy średniej — zamiast niej funkcjonuje specyficzny rodzaj mentalności łączący aspiracje drobnomieszczańskie, nostalgiczne wyobrażenia o szlacheckiej przeszłości oraz religijny konserwatyzm. To właśnie zakłócenie procesu modernizacyjnego Leder widzi jako klucz do zrozumienia współczesnych polskich patologii politycznych i kulturowych.

Leder łączy analizę historyczną z narzędziami refleksji kulturowej i inspiracjami psychoanalizy (zwłaszcza w ujęciu lacanowskim). Nie proponuje więc klasycznej socjologii ilościowej ani jednowymiarowej interpretacji marksistowskiej, lecz interpretację „logiki historycznej” rozumianą jako zestaw nieuświadamianych wyobrażeń, fantazmatów i mechanizmów pamięci zbiorowej, które kształtują zachowania polityczne i społeczne. W efekcie książka jest bardziej „esejem interpretacyjnym” niż monografią opartą wyłącznie na źródłach archivalnych. Ten zabieg daje Lederowi możliwość sformułowania sugestywnych hipotez na temat mentalnych skutków przemian, ale zarazem naraża go na zarzut subiektywności i selektywnego doboru dowodów.

Przebieg argumentacji Ledera rozpoczyna się od uwagi, że polska „rewolucja” miała raczej charakter strukturalny niż spektakularny. Nie chodziło jednak tylko o nacjonalizację czy kolektywizację, ale radykalną zmianę relacji klasowych: zanik warstw tradycyjnej drobnej szlachty i przekształcenie warstwy właścicieli i rzemieślników w nową konfigurację społeczną, która nie zdążyła wypracować nowej narracji o sobie. Pamięć zbiorowa „prześniła” tę rewolucję — społeczeństwo nie przyjęło jasno nowej tożsamości, więc zamiast racjonalnej adaptacji powstały nostalgie, fantazje i kompensacyjne narracje (dworki, powstania, gloryfikacja przeszłości). To tłumaczy m.in. skłonność do polityki uproszczonych mitów i wrogości wobec „innych”.

Konsekwencjami politycznymi i kulturowymi tego procesu jest brak wykształconej klasy średniej, który prowadzi do nieprzygotowania na demokratyczne obywatelstwo rozproszone geograficznie i ekonomicznie; w praktyce ułatwia to powroty autorytarnych wzorców i populizm.

Leder porusza ważne pytania o tożsamość społeczną i pamięć, łącząc historię z refleksją psychologiczną; jest to cenne poszerzenie pola badawczego poza tradycyjne analizy polityczno-ekonomiczne. Książka jest napisana przystępnie, co zwiększa jej oddziaływanie poza ścisłym gronem specjalistów; to wyjaśnia, dlaczego tekst szybko stał się punktem odniesienia w publicznej dyskusji o „polskiej mentalności”.

Recenzenci naukowi wskazują jednak kilka poważnych zastrzeżeń, w tym niedostateczne podparcie empiryczne: krytycy zarzucają Lederowi zbyt silne poleganie na interpretacjach i metaforach psychoanalitycznych przy jednoczesnym ograniczonym użyciu materiałów źródłowych i badań ilościowych, które mogłyby potwierdzić tezę o masowym charakterze „prześnionej rewolucji”. 

Po drugie, niektórzy recenzenci (m.in. Stanisław Obirek) wskazują, że Leder czasem wyciąga szerokie wnioski na podstawie fragmentarycznych danych i że psychoanalityczne odczytania bywają nadinterpretacją.

Leder nie waha się stawiać prowokacyjnych pytań i scalać dyskursów (historia, kultura, psychologia). Dla badaczy pamięci i kultury "Prześniona rewolucja" stała się ważnym punktem odniesienia: otwiera nośne pytania o tożsamość społeczną i konsekwencje „nieprzepracowanej” transformacji historycznej. Jej największą zaletą jest prowokowanie do dalszych badań interdyscyplinarnych.




środa, 5 listopada 2025

Barbara Ehrenreich "Rytuały krwi. Źródła i historia naszej namiętności do wojny " (tłum. Piotr Kołyszko)

 

Barbara Ehrenreich, znana przede wszystkim jako dziennikarka, publicystka i aktywistka społeczna w "Rytuałąch krwi" podejmuje się niezwykle ambitnego zadania: analizuje zjawisko wojny — nie tylko jako konfliktu zbrojnego, lecz jako kulturowego, symbolicznego i antropologicznego fenomenu.

Tytułowe „rytuały krwi” oznaczają pierwotne praktyki ofiarne – zwierzęce, ludzkie, symboliczne – które miały swój początek w lęku naszych przodków przed drapieżnikami i ich napaściami, oraz w roli przemocy jako rytuału przejścia, ofiary i odnowienia społecznego. Ehrenreich stawia hipotezę, że wrodzony tzw. instynkt wojownika nie wystarcza, by wyjaśnić ludzką skłonność do wojny — że istotne są raczej rytualne struktury przemocy, sacrum i symbolika, które przekształciły się w kulturze w mechanizmy wojny masowej. 

Jej analiza sięga od prehistorii (pierwotni ludzie-ofiary drapieżników) do współczesności — totalnych wojen XX wieku — starając się pokazać kontinuum i przekształcenie rytuału w technologię przemocy.

Książka pozdzielona jest w sposób tematyczny i chronologiczny — od najwcześniejszych ludzkich doświadczeń po nowoczesne wojny. Wśród kluczowych wątków warto wskazać te najbardziej fascynujące:

Lęk i ofiara: Ehrenreich argumentuje, że doświadczenie drapieżników sprawiło, iż ludzie pierwotni nauczyli się łączyć siebie w grupy obronne — jednocześnie tworząc potrzebę rytuału ofiary. Życie grupowe u człowiekowatych nie pojawiło się wcale po to, by radośnie uprawiać pola, ale właśnie po to, aby goła mapła bez pazurów i kłów, mogła poradzić sobie z drapieżnikami. W miarę rozwoju, te grupowe umiejętności pozwoliły nawet aktywnie polować (polowania nie były domeną mężczyzn - zabicie drapieżnika wymagało nagonki, a potem grupowego kamienowania lub pałowania zdobyczy).

Przejście od ofiary do sprawcy: Z czasem ról drapieżnika i ofiary zaczęli doświadczać ludzie w walce — ludzie zaczęli polować, konkurować, zabijać w imię wspólnoty lub narodu. Ta transformacja — zdaniem Ehrenreich — ukształtowała strukturę wojny jako rytuału. 

Wojna jako rytuał i sacrum: Autorka pokazuje, że wojna została sacralizowana — nadana jej została symbolika ofiary, oczyszczenia, odnowy wspólnoty. Współczesne narody – poprzez nacjonalizm, masowe armie, totalne konflikty – korzystają z tych archaicznych form w nowej technologii przemocy. Ciekawą tezą jest uznanie, że państwo narodowe powstało po to, aby wspierać swymi instytucjami armię.

Męskość, przemoc, bohaterstwo: W książce pojawia się również wątek kultu męskiego wojownika, gloryfikacji przemocy i tego, co znaczy zostać „mężczyzną” w kontekście rytuału wojny. Autorka przekonuje zarazem, że nie tylko „instynkt zabójcy” tłumaczy wojny, ale również elementy kulturowe, rolę ofiary, wzory heroiczne.

Najmocniejszą stroną książki jest właśnie ta nowatorska perspektywa. Ehrenreich nie poprzestaje na ekonomicznych, politycznych czy technologicznych wyjaśnieniach genezy wojny; stara się dotrzeć głębiej, do antropologicznych i symbolicznych korzeni przemocy. Łączy przy tym dane z prehistorii, antropologii, historii wojen i socjologii. W pracy pojawiają się np. odniesienia do kultów ofiarnych, dawnych religii, procesów społecznych i psychologii grupowej. 

Mimo że tematyka jest trudna i interdyscyplinarna, książka jest napisana w sposób, który nie wymaga od czytelnika jedynie specjalistycznej wiedzy, a wnioski wciąż pozostają użyteczne w kontekście konfliktów współczesnych.

Niektóre hipotezy Ehrenreich mają oczywiście charakter mocno interpretacyjny, wręcz metaforyczny (na przykład: pierwotny dramat drapieżnika/ofiary jako struktura rytuału wojny). Tam, gdzie autorka sięga do prehistorii i form rytualnych, pewne dowody są fragmentaryczne: na przykład zapisy archeologiczne lub etnograficzne bywają szczątkowe, co oznacza, że interpretacje muszą być ostrożne.

Wydanie angielskie pochodzi sprzed ponad dwudziestu lat; natomiast ilość nowych badań w antropologii wojny, psychologii przemocy i historii konfliktów wzrosła. Przykłądy z najnowszej historii USA pochodzą z czasów Busha i Obamy - o prezydencie Trumpie jeszcze nikt wówczas nie słyszał...

Podsumowując, Ehrenreich proponuje fascynującą wizję tego, że wojna nie jest tylko efektem instynktu czy kalkulacji władzy, lecz także głęboko zakorzenionym rytuałem ofiary, który sięga początków ludzkiej historii. Jej teza, że ludzie pierwotni żyli w lęku przed drapieżnikami i że łączenie się w grupy oraz ofiarność stały się fundamentem późniejszych struktur przemocy i wojny — jest prowokacyjna, inspirująca, ale też wymagająca krytycznego podejścia.

Książka stawia ważne pytania: dlaczego przemoc bywa traktowana jako święty obowiązek? Dlaczego chłopcy, mężczyźni, wchodzą w rolę wojownika-ofiary? Dlaczego wojna ma elementy rytuału, ceremonii, zbiorowego entuzjazmu? Dla tych, którzy chcą spojrzeć na wojnę inaczej — nie tylko jako proces polityczny, lecz jako symboliczny mechanizm kulturowy — „Rytuały krwi" są doskonałą lekturą.



wtorek, 4 listopada 2025

Marek Węcowski "Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy"

„Tu jest Grecja!” to książka, która aspiruje do roli mostu między starożytnością grecką a współczesnym światem. Zamierzeniem autora było pokazanie, że wiele z problemów, pytań i wyzwań, które znamy dziś, miało swoje odbicia w świecie Hellady. Węcowski, jako historyk specjalizujący się w dziejach Grecji, stara się przybliżyć czytelnikowi mentalność, instytucje, życie codzienne i kulturę starożytnych Greków, a następnie zestawić je z wyzwaniami naszych czasów: kryzysami społecznymi, politycznymi napięciami, problemem uchodźców, zagrożeniem ekologicznym, wojnami i napięciami władzy.

Ta ambicja jest ciekawa i w dużej mierze udana: autor unika przytłaczania czytelnika suchym aparatem naukowym i stwarza wrażenie swobodnej rozmowy z czytelnikiem, pełnej anegdot, obrazowych przykładów i odwołań do problemów współczesnych. Z wyczuciem uprzedza ewentualne nadmierne uproszczenia analogii historycznych, akcentując, że paralelizmy należy traktować z ostrożnością.

Książka została podzielona na dwie części: w pierwszej dominują tematy kultury, obyczajów, życia codziennego, religii i sztuki; w drugiej – kwestie polityki, wojen i konfliktów wewnętrznych Grecji oraz ich odniesienia do współczesności. Taki układ ma sens — poznanie świata kultury greckiej pozwala lepiej rozumieć późniejsze analizy polityczne. Teksty są napisane prostym językiem — co czyni książkę przystępną także dla osób niebędących historykami — a rozdziały często przyjmują formę esejów.

Wydawniczo książka prezentuje się solidnie - może poza dość okropną okładką. Jednak liczne ilustracje i mapy wynagradzają ten niesmak.

Dzięki temu, że Węcowski unika hermetycznego stylu akademickiego, książka ma szansę faktycznie dotrzeć do wielu czytelników. Zamiast cytować bez końca uczone dzieła, autor stawia na narrację pełną przykładów, porównań i obrazów, dzięki czemu lektura nie męczy, a staje się inspiracją do dalszych poszukiwań.

Podoba mi się także koncept nieustannego zadawania pytań o to, jakie lekcje płyną z doświadczeń Greków dla nas dziś? Kryzysy ekologiczne, migracje, konflikty to nie tylko współczesne problemy — w kręgach Hellady były analogie, które da się zestawić z dzisiejszą rzeczywistością. Zróżnicowanie tematów sprzyja lepszemu zrozumieniu, że cywilizacja grecka nie ograniczała się tylko do filozofów i strategów, lecz była także żywą, codzienną kulturą. 

„Tu jest Grecja!” to udana próba popularyzacji klasycznej Grecji w duchu refleksji nad współczesnością. Książka stanowi zaproszenie do myślenia, do poszukiwania analogii, ale też do krytycznego spojrzenia na „dziedzictwo greckie”. 

niedziela, 2 listopada 2025

Sylwia Czubkowska "Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem"

Sylwia Czubkowska podjęła się ambitnego zadania: pokazania, w jaki sposób globalne korporacje technologiczne (Google, Meta/Facebook, Microsoft, Amazon, Apple i im pokrewne) nie tylko dostarczają nam narzędzi codziennego użytku, lecz również – krok po kroku – budują wpływ na politykę, edukację, prawo i życie społeczne. Autorka określa ten proces mianem dominacji technologii, która coraz częściej zaczyna pełnić rolę quasi-boską — stąd tytułowe „bóg techy”, którym oddajemy — nieświadomie — coraz więcej władzy nad sobą.

Książka składa się z reportażowych fragmentów, wywiadów, analiz dokumentów i przykładów z Polski oraz świata. Czubkowska stara się uchwycić mechanizmy: strategie wejścia na rynki, lobbing, relacje z rządami, wpływ na edukację, manipulację danymi, subtelną — ale realną — presję normatywną (ustawodawstwo) oraz zawłaszczanie przestrzeni norm społecznych. Autorka nie ogranicza się do wielkich metropolii — zwraca uwagę na lokalne przypadki w Polsce, gdzie działania big techów mają swoje specyficzne oblicza.

Jednym z konceptów, które pojawiają się w książce, jest cyfrowy kolonializm — widziany jako analogia do historycznego kolonializmu: eksploatacja zasobów (tu: danych, uwagi, informacji), ekspansja na nowe obszary, dominacja kulturowa, podporządkowywanie lokalnych systemów. Autorka zauważa, że Polska i inne kraje europejskie stają się „koloniami cyfrowymi” – oferując dane, użytkowników, infrastruktury, a w zamian otrzymując ograniczony wpływ na kształt platform i algorytmów. W tym kontekście książka ma ambicję stać się ostrzeżeniem — i inspiracją do odzyskania podmiotowości.   

Tematy poruszane w książce doskonale wpisują się w współczesne dyskusje o władzy platform, prywatności, algorytmach i autonomii jednostki. To książka, która przeciwdziała banalizacji — przypomina, że technologia nie jest neutralna, lecz zaprojektowana i eksploatowana.

Wiele analiz dotyczy Polski — relacji między firmami technologicznymi, polityką, instytucjami edukacyjnymi. Dzięki temu nie jesteśmy tylko biernymi odbiorcami globalnych teorii, lecz dostajemy konkrety, odniesienia do realnych zdarzeń i procesów. 

Autorka jako dziennikarka ma doświadczenie w prezentowaniu złożonych tematów w sposób niezwykle przystępny. W „Bóg techach” unika hermetycznego żargonu — nawet gdy omawia zawiłe aspekty prawne czy technologiczne — stara się prowadzić czytelnika krok po kroku. Książka ma charakter hybrydowy: reportersko-popularnonaukowy. Dzięki temu jest przystępna, ale nie spłyca tematu.

Czubkowska nie skupia się tylko na jednym aspekcie — nie ogranicza się do prywatności użytkownika czy cenzury algorytmicznej. Wręcz przeciwnie: analizuje lobbing, legislację, edukację, relacje z administracjami państwowymi, struktury własności, kwestie podatkowe, akumulację kapitału, ekspansję geograficzną. To sprawia, że książka ma zasięg systemowy.

Wreszcie to, co podoba mi się bodaj najbardziej: autorka nie poprzestaje na przedstawianiu diagnoz — w wielu miejscach zachęca do krytycznego myślenia, poszukiwania alternatyw, zwiększenia presji społecznej, regulacji i edukacji obywatelskiej. Dzięki temu „Bóg techy” nie jest tylko alarmem, lecz — choć niebezpośrednio — manifestem.

Drobnym mankamentem jest fakt, że w niektórych fragmentach książka gubi tempo — kiedy autorka wnika w szczegóły prawne, umowy kontraktowe, wzajemne powiązania firm, dokumenty polityczne, bywa, że narracja staje się nieco przytłaczająca dla czytelnika nieobeznanego z tematem. Dla tych, którzy nie mają tła technologicznego, niektóre partie tekstu mogą być wymagające.

Ponadto, choć Czubkowska podejmuje próbę wskazania dróg wyjścia — edukacja, regulacja, większa świadomość — to jednak książka niewiele miejsca poświęca konkretnym, realistycznym strategiom dla obywateli czy instytucji. Czytelnik wychodzi z lektury z poczuciem: „wiem, co jest źle”, ale nie zawsze z jasnym pomysłem, co w praktyce zrobić.

Wreszcie, w niektórych fragmentach narracja zdaje się przesuwać ku uproszczonym opozycjom: technologia = zło, firma = drapieżnik, użytkownik = ofiara. Choć autorka zwykle stara się unikać czarno-białych uproszczeń, momentami można odnieść wrażenie, że konflikty strukturalne zostają zredukowane. W realnym świecie granice między korzystaniem, współtworzeniem i uzależnieniem bywają bardziej rozmyte.   

Biorąc pod uwagę zakres i skomplikowanie omawianych mechanizmów, nie zawsze uda się w publikacji popularyzatorskiej podać pełne dowody lub dotrzeć do wszystkich interesujących dokumentów. Czytelnik może w niektórych momentach żałować braku szerszego aparatu źródłowego — choć to typowe wyzwanie dla literatury non-fiction o tematyce technologicznej. Świat technologii zmienia się bardzo szybko, część przykładów, kontraktów, modeli biznesowych na naszych oczach dezaktualizuje się. Z tego powodu skuteczność diagnoz będzie zależeć od aktualizowania refleksji na temat platform i algorytmów.

Trzeba przyznać, że „Bóg techy” trafiły na rynek w ważnym momencie: gdy Unia Europejska usiłuje wzmocnić regulacje dotyczące platform cyfrowych, gdy coraz więcej krajów debatuje nad suwerennością cyfrową, nad prawem do prywatności, podatkami cyfrowymi, technologicznym protekcjonizmem.

Książka niewątpliwie wzbogaca polską przestrzeń intelektualną: w USA powstało już wiele książek o big techach, ale w Polsce nadal brakowało całościowego, przekrojowego opracowania osadzonego w lokalnej rzeczywistości. W dyskusji publicznej już pojawiają się echa tej publikacji: w mediach technologicznych, w audycjach radiowych i w debatach o wpływie platform. Rozmowy, które prowadzi autorka (np. w TOK FM) pokazują, że temat zaczyna docierać poza krąg entuzjastów technologii, stając się elementem świadomości obywatelskiej.

Jednym z kluczowych, choć paradoksalnie mało widocznych wątków w "Bóg techach" jest wątek infrastruktury technologicznej. To właśnie tutaj widać najpełniej, jak uzyskują one realną władzę strukturalną nad państwami, w tym nad Polską. 

Kiedy mówimy o technologii, większość osób myśli o aplikacjach, serwisach społecznościowych czy telefonach. Tymczasem prawdziwe centrum władzy kryje się poziom niżej — w infrastrukturze: serwerach, centrach danych, kablach światłowodowych, chmurach obliczeniowych, systemach operacyjnych, a nawet protokołach bezpieczeństwa.

Sylwia Czubkowska pokazuje, że Polska – podobnie jak większość krajów regionu – nie zbudowała własnej infrastruktury cyfrowej, lecz korzysta z rozwiązań dostarczanych przez globalne korporacje. Co to oznacza w praktyce? Na przykład to, że dane urzędów i szkół przechowywane są w chmurach amerykańskich firm (np. Google Cloud, Microsoft Azure, AWS). Że administracja używa oprogramowania biurowego, systemów bezpieczeństwa i baz danych zaprojektowanych poza krajem. Wiele krytycznych usług online (np. rejestry, systemy komunikacji, poczta elektroniczna) zależy od serwerów znajdujących się fizycznie w centrach danych kontrolowanych przez prywatne firmy. Innymi słowy, to właśnie tutaj zaczyna się nowy rodzaj kolonializmu cyfrowego – nie przez widoczne aplikacje, lecz przez uzależnienie „pod spodem”.

Autorka opisuje typowy schemat, według którego Big Techy zdobywają kontrolę nad infrastrukturą państw. Pierwszym krokiem jestw ejście przez ofertę „bezpłatną” lub preferencyjną, kiedy firmy oferują rządom lub instytucjom publicznym atrakcyjne warunki: darmową lub bardzo tanią chmurę, wsparcie w cyfryzacji, szybkie wdrożenia. Dla państwa to ogromna oszczędność i PR-owy sukces – „digitalizacja bez kosztów”.

Od tego momentu w zasadzie zaczyna się zależność technologiczna: po kilku latach okazuje się, że wszystkie procedury, dane i nawyki pracowników są związane z jednym ekosystemem. Migracja na inny system jest kosztowna, czasochłonna i ryzykowna – pojawia się więc technologiczny lock-in, czyli zamknięcie w jednym środowisku.

To umożliwia korporacji kontrolę przepływu informacji: nawet jeśli formalnie państwo „posiada” dane, to w praktyce nie kontroluje, gdzie i jak są przetwarzane. Wiele danych znajduje się na serwerach poza granicami kraju. To rodzi pytania o suwerenność, bezpieczeństwo i prywatność obywateli.

Kolejnym etapem jest rozszerzanie wpływu na sektor publiczny i prywatny: kiedy infrastruktura państwowa staje się zależna od jednej firmy, inne instytucje (uczelnie, szkoły, organizacje społeczne) chętniej sięgają po ten sam ekosystem – bo jest „kompatybilny”. Tak powstaje efekt kuli śnieżnej, który wzmacnia monopol.

Domknięciem procesu jest przemiana korporacji w „dostawcę usług publicznych”, kiedy dany big tech zaczyna pełnić funkcje, które tradycyjnie należały do państwa: komunikacja, tożsamość cyfrowa, certyfikacja, archiwizacja, nawet bezpieczeństwo. W niektórych obszarach (np. cyberochrona) korporacje stają się realnymi partnerami rządów – a czasem wręcz ich zastępcami. 

Czubkowska przytacza szereg przykładów, które pokazują, jak ten proces wygląda w Polsce. Najbardziej oczywistym przykłądem są inwestycje Microsoftu i Google w centra danych w Warszawie i okolicach, które są prezentowane jako „sukces rozwojowy”. Autorka zwraca jednak uwagę, że są to inwestycje kontrolowane (big techy zachowują pełną kontrolę nad sprzętem, oprogramowaniem i standardami bezpieczeństwa).

Inny przykład to e-administracja i chmura krajowa: rząd chwali się cyfryzacją urzędów, ale część usług opiera się na licencjach od amerykańskich korporacji. Autorka pokazuje, że to raczej outsourcing suwerenności niż realna cyfrowa niezależność.

Jeszcze inny przykład to powiązanie sektora publicznego z prywatną chmurą obliczeniową – nawet dane szkół, uczelni i instytucji kultury bywają przechowywane na serwerach komercyjnych. Z punktu widzenia prawa europejskiego (np. RODO) to często „szara strefa”: dane obywateli trafiają do systemów, które formalnie nie są w pełni kontrolowane przez krajowe instytucje.

Czubkowska pokazuje, że brak narodowej strategii infrastrukturalnej powoduje, iż Polska nie jest w stanie ani kontrolować przepływu danych, ani wyznaczać własnych standardów technologicznych. Państwo korzysta z gotowych rozwiązań, zamiast inwestować w własne kompetencje i zasoby. 

Ukrytymi, ale fundamentalnymi skutkami tego procesu są:

  • Utrata suwerenności cyfrowej – państwo nie może w pełni zarządzać swoimi danymi, jeśli nie ma wpływu na fizyczne serwery, kod i protokoły.
  • Zależność gospodarcza – lokalne firmy IT muszą dostosowywać się do standardów i certyfikacji narzuconych przez globalnych graczy.
  • Ryzyko polityczne – dostęp do danych lub usług może stać się narzędziem nacisku w relacjach międzynarodowych.
  • Rozmycie odpowiedzialności – gdy dochodzi do wycieku lub awarii, trudno ustalić, kto faktycznie odpowiada: państwo czy dostawca chmury?
  • Centralizacja władzy informacyjnej – Big Techy nie tylko dostarczają infrastrukturę, ale też wiedzą, jak i kiedy państwa z niej korzystają. 

Rozwiązania proponowane przez Czubkowską, które powinny pomóc odzyskać podmiotowość cyfrową to między innymi:

  • Rozwój krajowej chmury rządowej (projekt, który wciąż jest w fazie początkowej) – z jasno określonymi standardami i kontrolą państwa nad danymi.
  • Budowa własnych centrów danych – nawet jeśli mniejsze, to pozwalające na zachowanie kluczowych danych w granicach kraju.
  • Współpraca europejska – np. inicjatywy Gaia-X czy unijne ramy dla suwerenności danych, które mają tworzyć wspólną, europejską infrastrukturę alternatywną wobec amerykańskiej.
  • Wzmocnienie regulacji prawnych – m.in. wymóg lokalizacji danych publicznych na serwerach w UE.
  • Edukacja i świadomość decydentów – aby nie mylić „cyfryzacji” z „oddaniem danych w prywatne ręce”. 

Czubkowska pokazuje, że prawdziwa władza w epoce cyfrowej nie leży w aplikacjach, ale w kablach, serwerach i standardach, które kontrolują przepływ informacji. Państwo, które nie kontroluje swojej infrastruktury, staje się – w sensie cyfrowym – wasalem, nie suwerenem. Autorka nie popada jednak w technofobię — raczej apeluje o świadome zarządzanie zależnością: korzystać z globalnych technologii, ale z zachowaniem kontroli, lokalnego nadzoru i transparentności.