Mnich to nie tylko opowieść o wielkim rozczarowaniu, jakim okazuje się życie w zakonie. To również studium władzy i procesu indoktrynacji młodych - o wiele za młodych - ludzi, którzy w braku doświadczenia i rozumienia świata ulegają swoistej przemocy psychologicznej, nie są w stanie stawiać granic, oddają cała swoją wolność i indywidualność temu, co okazuje się wielka iluzją. Zakonnicy walczą o dominację, starają się kontrolować coraz więcej braci, coraz bardziej dociekliwie.
Bartoś opisuje historię życia zakonnika, który po trzydziestu latach w klasztorze postanawia porzucić zakon. Benedykt, tytułowy bohater, jest postacią ograbioną z duchowości (stąd “Historia życia, którego nie było”), bo:
„(…) szkoła mniszego posłuszeństwa to oddanie się instytucji, która wchodzi w posiadanie mnicha we wszystkich jego wymiarach, począwszy od potrzeb biologicznych, wyżywienia, dachu nad głową, ubioru, skończywszy na poczuciu emocjonalnego i intelektualnego bezpieczeństwa”.
Tadeusz Bartoś sam ma za sobą dwadzieścia lat zakonnego życia. Obecnie jest filozofem i wykładowcą akademickim, a w kręgu jego naukowych zainteresowań są badania dotyczące postaci i dzieł Tomasza z Akwinu oraz doktryny chrześcijańskiej. „Mnich” to powieść z pewnością do pewnego stopnia autobiograficzna, choć występująca tu nazwa zgromadzenia jest fikcyjna, a co więcej – akcja książki nie toczy się nawet w Polsce.
"Byłem człowiekiem systemu, zaprogramowanym przez rytm, przez takt, z powodu pełnej zapału młodości spędzonej w zamkniętym świecie monokultury, monomyślenia, monoodczuwania, sądzenia, widzenia, rozumienia."
I chociaż Autor zaznacza, żeby nie utożsamiać go z głównym bohaterem powieści, to życiowy bilans, którego dokonuje Jan/Benedykt jest tym bardziej wstrząsający, że podświadomie doszukujemy się w nim doświadczeń Bartosia. Obecność w zakonie, zamiast być narzędziem budowania człowieczeństwa (i duchowego „wzrastania w Bogu”) – okazuje się niszcząca. Prostota dokonanego wyboru, jakim jest „oddanie się Bogu” jest tylko pozorna. W obliczu wielowymiarowego zniewolenia, nie ma już racji bytu słynna myśl Jerzego Lieberta: „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”. Zamiast tego jest: „uczyniwszy na wieki wybór, nie mam już żadnego wyboru”. Decyzja o odejściu z zakonu i związane z tym problemy nasuwają na myśl wychodzenie z nałogu, a obszerne opisy życia zakonnego są ilustracją systemu opresyjnego, który zwyczajnie przeraża.
Nie jest to w żadnym razie tekst, którego celem jest dokładanie cegiełki do skandalu okołokościelnego, choć wątki molestowania seksualnego i homoseksualizm księży są w nim obecne. Ale Autor raczej pochyla się nad krzywdą, jaką fundują sobie sami księża i zakonnicy skazując się na celibat, którego trwałość jest z kolei funkcją pogardy dla relacji cielesnych między ludźmi, którzy wybrali życie świeckie - a więc nie tak wartościowe z perspektywy osób duchownych.
"Miłość jest w wielkiej pogardzie pośród nas, duchownych, a najbardziej miłość kobiety i mężczyzny. Piękne słowa o godności małżonków nie potrafią ukryć kpiny i szyderstwa z tych słabszych, którzy muszą się zaspokajać miedzy sobą. Celibat ma swoją wewnętrzną logikę i trudno trwać w nim, nie pielęgnując w sercu skrycie wrogości do erosa. Tylko wrogość może być siłą, która zatrzyma pęd miłości.[...]
Nie sposób więc Kościołowi odstąpić od głoszenia wyższości celibatu nad miłosnym związkiem, to byłoby sprzeczne z całą logiką tego wyboru. Nie istnieje inny argument, który rzeczywiście może przekonać człowieka, niż ta gwarancja, że wybierając celibat, stajesz się z góry kimś lepszym, doskonalszym. Bliższym Bogu. I to cała tajemnica."
Autor podkreśla, że element religijnego uwiedzenia jest tutaj bardzo istotny, choć w języku kościelnym mówi się o powołaniu. Chodzi o to, by zdobyć takich, którzy całe życie poświęcą „sprawie”. Najłatwiej uwodzić naiwnych, potrzeba więc młodzieży, po maturze albo młodszej. W tym znakomicie zaprojektowanym systemie, nawet na utratę wiary jest odpowiednia instrukcja postępowania.
W jednym z wywiadów Tadeusz Bartoś stwierdził: "Moje zdanie na temat kościelnego systemu jest zdecydowane: to struktura szkodliwa i patologiczna dla wszystkich istniejących typów osobowości, która generuje rodzaje więzi i zależności nieistniejące już w nowoczesnym społeczeństwie. [...] Chrześcijaństwo w samej swej strukturze ideologicznej jest nihilizmem. Poniżającym ludzi, pozbawiającym wartości, okrutnym nihilizmem. Jesteś wręcz ćwiczony, byś myślał, że twoje życie jest nic niewarte bez Boga, byś gardził i nienawidził samego siebie i odczuwał niebiańskie wyzwolenie dopiero dzięki praktykom religijnym. To poważne uzależnienie. Katolicyzm prezentuje się jako dobra nowina, a jest czymś, co niesie ludziom niebezpieczny narkotyk.".
Bartoś bardzo plastycznie wskazuje, że różne mechanizmy obecne w sektach są obecne również w Kościele. Te same mechanizmy uzależnienia, zabieranie pieniędzy zakonnikowi/zakonnicy, odcinanie kontaktu z rodziną na wstępnym etapie, kontrola korespondencji, przymus wyznawania win, zakaz samodzielnego opuszczania klasztoru, obowiązek donoszenia na innych itd., itp. Nie dziwi zatem ostre sformułowanie zawarte w Mnichu:
"Katolicyzm jest pełna przemocy gnostycka sektą. Jest satanizmem."